Zuzanna Dobrzańska uczy się w 35 LO im. Bolesława Prusa w klasie o profilu lingwistycznym. Lubi grać na pianinie i gitarze. W wolnym czasie spotyka się ze znajomymi lub pisze opowiadania. W przyszłości chciałaby zostać dziennikarką albo pisarką.

Agnieszka i jej mąż

– Ja do tej siódmej klasy
to chodziłam na lipę! Tylko dlatego,
żeby Niemcy mnie nie złapali

Gdy wybucha powstanie Agnieszka ma zaledwie 14 lat

Poznałam męża dopiero w 1951 r., jednak od początku chciałam im, to znaczy Powstańcom, pomagać, należeć do ich drużyny – wspomina Agnieszka Jaworska – moja sąsiadka, a właściwie przyszywana babcia, wdowa po Juliuszu Jaworskim „Sułkowskim”, uczestniku Powstania Warszawskiego. Potem dodaje z dumą: – Byłam matką chrzestną sztandaru batalionu „Miotła”. Pokazuje czarno-białe zdjęcie w starej książce – na nim skupiona i przejęta swoją rolą kobieta, stojąca obok generała Zygmunta Janke „Waltera”, na uroczystości poświęcenia chorągwi. – Mąż miał 19 lat, gdy rozpoczęło się Powstanie. Brał w nim udział od początku do końca – wspomina Agnieszka Jaworska. Walczy również brat cioteczny Juliusza, Wacław. Najpierw 11 sierpnia na Stawkach, a potem na Książęcej, gdzie ginie. Juliusz bardzo to przeżywa. Za udział w tej ostatniej bitwie on sam dostanie Krzyż Virtuti Militari, najważniejsze wojskowe odznaczenie. I choć na razie jest to tylko świstek papieru, bo przywódca batalionu nie może wydać prawdziwej odznaki, dla Juliusza będzie znaczył bardzo wiele.

Agenci do zadań specjalnych

– Walczyli aż do 3 października – opowiada Agnieszka. Kiedy Niemcy zajmują ich siedzibę przy ul. Długiej, kanałami dochodzą do Śródmieścia na ul. Książęcą. Po kapitulacji batalionu „Miotła” Juliusz i jego towarzysze trafiają do niewoli. Idą przez wiele dni, gdy pod Ożarowem zostaje zarządzony odpoczynek. Okoliczni mieszkańcy przynoszą im jedzenie, picie, pomagają. Większość Powstańców nie jest ubrana w mundury, dzięki temu bez problemu wtapiają się w ożarowską społeczność, co daje im szansę powrotu do swoich rodzin. Do Juliusza podchodzi jakaś kobieta, bierze go pod rękę i powoli wyprowadza z terenu obozu. Dzięki niej szczęśliwie trafia do domu w Piastowie.

Są lata 70. W Polsce komunizm. – Ale my zawsze uczestniczyliśmy w uroczystościach z okazji 1 sierpnia. Mąż uważał, że należy się to tym, którzy zginęli w słusznej sprawie – tłumaczy Agnieszka. To wtedy pojawia się pomysł postawienia dwóch pomników poległym Powstańcom. Juliusz jest bardzo w to zaangażowany. W  domu jego i Agnieszki odbywało się wiele zebrań w tej sprawie. Pamięta, jak siadali i zawzięcie dyskutowali – Agnieszka wskazuje okrągły, drewniany stół w pokoju. Jeden z pomników miał stanąć naprzeciwko wejścia do kanału przy ul. Długiej, jednak władze nie wyraziły na to zgody. Odsłonięto go dopiero po pierwszych wolnych wyborach, 1 sierpnia 1989 r. – Mąż nie doczekał już tej chwili, zmarł 4 kwietnia tego samego roku – mówi ze smutkiem Agnieszka. Juliusz zdąży jednak wykazać się wielką odwagą oraz przebiegłością. Wracamy do lat 70. Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania. Juliusz, wraz ze swoimi kolegami, chce postawić na Powązkach pomnik poległym powstańcom – na ten pomysł władza nie przystaje. „Sułkowski” postanawia więc użyć podstępu. Plan jest ryzykowny, lecz starannie obmyślony. Wszystko odbywa się w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia. O niczym nie mówi żonie. Dopiero następnego dnia, gdy idą na cmentarz, Agnieszka widzi, że pomnik już stoi. Bo Juliusz wraz ze swoim batalionem, pod osłoną nocy, wniósł go na Powązki. Dzięki umowie z dozorcą oraz zarządem cmentarza, odnoszą sukces. Tego dnia od rana przychodzą tam tłumy ludzi, wybija Godzina „W”. Ktoś z rządu zauważa pojawienie się nowego pomnika. Nie szuka jednak sprawców całego zamieszania, postanawia zostawić tę sprawę. – Nie chcieli po prostu robić cyrku przy ludziach – wyjaśnia Agnieszka. I znów myślami wraca do lat swojej młodości.

Oczami Agnieszki

– Każda klasa spotykała się w innym domu – opowiada Agnieszka, która tak samo jak  Juliusz pochodziła z Piastowa. Gdy wybucha Powstanie, ona ma zaledwie 14 lat. – Legalnie można było skończyć siedem klas podstawówki – dodaje. Wówczas jedynymi przedmiotami są polski, matematyka, rysunki i gimnastyka. Za dodatkowe komplety z historii i geografii płacą jej rodzice. Agnieszka kończy szóstą klasę i dalej uczęszcza na komplety ze wszystkich przedmiotów, łącznie z niemieckim i łaciną. – Do tej siódmej klasy chodziłam na lipę! Raz, dwa razy w tygodniu. Tylko po to, by mnie Niemcy nie wywieźli – śmieje się. Miała legitymację świadczącą o tym, że nadal uczy się w podstawówce, aby władza nie złapała jej na nielegalnym uczęszczaniu na tajne komplety. Kończy się wojna i Niemcy wyjeżdżają z Piastowa. Wśród nich volksdeutsch Müller, właściciel ulokowanej tam fabryki opon. Pozostawia po sobie piękną willę, a w lutym 1946 r. zostaje ona przerobiona na szkołę. Pokoje zamieniono na klasy, a w holu głównym stał fortepian. Na przerwach chłopcy na nim grali, a dziewczyny tańczyły. Nauczycielami są osoby uczące wcześniej na kompletach. Agnieszka zapamiętała przepiękny ogród otaczający willę – podczas przerw zdarzało im się wychodzić na dwór i grać tam w klasy. – Ale w sumie to ja z roztańczonej szkoły wyszłam – śmieje się Agnieszka. Pisze w niej maturę – swój egzamin dojrzałości. Po niej studiuje na SGGW w Warszawie, a jeszcze później poznaje Juliusza. Dopiero po jego śmierci została matką chrzestną batalionu „Miotła”. Nadal chodzi na ich zebrania i uroczystości. Co roku na święta zapraszają ją, aby podzielić się opłatkiem. Zawsze uczestniczy też w obchodach 1 oraz 11 sierpnia. – Przypomina mi to Juliusza, z którym zawsze chodziliśmy w tym czasie na groby – wyjaśnia.

***

Mieszkała wówczas w Piastowie, niedaleko dawnej szosy warszawskiej. Podczas Powstania pędzili tą drogą mieszkańców Warszawy do obozu w Pruszkowie. Gdy prowadzą ludzi pierwszy raz, młoda Agnieszka nie ma pojęcia, co się dzieje. – Noc, szum, za chwilę patrzę, a ludzie przez płot przeskakują i do nas biegną. Proszą o pomoc, kawałek chleba i wodę – relacjonuje. Babcia Agnieszki była zdziwiona, lecz im pomogła. Po posiłku kazała im uciekać. – Baliśmy się również o swoje życie, bo przecież Niemiec mógł wejść w każdej chwili i zastrzelić ich oraz nas! – tłumaczy Agnieszka. Gdy niezapowiedziane wizyty powtarzają się coraz częściej, babcia Agnieszki idzie do sklepu i kupuje zapasy kawy zbożowej, jedynego produktu, który nie jest na kartki. – Wieczorem gotowała ją, czekając na kolejnych gości. Zapamiętałam wielki garnek do prania bielizny na kuchence i zapach tej kawy – wspomina Agnieszka.