Michalina Markowska uczy się w 25 Społecznym LO im. Marzenny Okońskiej. w wolnym czasie przegląda albumy o sztuce i słucha Beatlesów. Chciałaby studiować filologię angielską. od małego opowiadano jej historie dziadków. Teraz postanowiła ponownie przekopać rodzinne archiwa.

Aureola i miętowe cukierki

Był 1 sierpnia 1944 r. Jadwiga wyszła z do mu o godzinie 14. Wróciła rok później

Michalina z ojcem szukają ulubionych kwiatów babci

– Nieraz zastanawiałem się, czy można kilka razy z rzędu wygrać w ruletkę. I wygląda na to, że owszem – mówi mój ojciec, syn Jadwigi Markowskiej, mojej babci.
To właśnie w tej okolicy mieszkała Jadwiga. Na miesiąc przed swoimi 23. urodzinami wyszła na umówioną wizytę u stomatologa, który przyjmował gdzieś przy Hali Mirowskiej. Był upalny dzień, ubrała się w letnią sukienkę i sandały.

Mężczyzna w mundurze

Kupujemy hiacynty, jej ulubione kwiaty, a ojciec opowiada, że babcia zapamiętała tamto popołudnie jako niezwykłe. Dochodzi godzina 17, Jadwiga ma jeszcze zrobić zakupy, ale już nie zdąży. Zamiast w domu, znajdzie się na pierwszej linii walki. na ul. Elektoralnej do przystojnego niemieckiego oficera podbiega kilku chłopców i wyrywa mu broń. Ten nieruchomieje z zaskoczenia. Słychać coraz intensywniejszą strzelaninę. Dwa lub trzy dni później mężczyzna w mundurze kolejarza powie jej tak: – Jest wokół pani bardzo jasna aureola, nigdy jeszcze takiej nie widziałem. Może być pani spokojna, nic się pani nie stanie. Jadwiga nie traktuje go poważnie, bierze od niego cukierka miętowego i odchodzi.
Parę dni później na ul. Chłodnej widzi małego chłopca z biało-czerwoną opaską na rozszarpanej ręce. Nie ma przy sobie bandaży, więc rozrywa podszewkę sukienki, by choć prowizorycznie zabezpieczyć rany. Reaguje natychmiast – trzy lata studiów medycznych na tajnych kompletach nie poszły na marne. – Widzę, że sprawnie pani to idzie – mówi chłopiec, a Jadwiga chwilę później staje się etatową sanitariuszką jednego z batalionów, dostaje torbę z opatrunkami i powstańczą opaskę. w Warszawie masowo umierają noworodki. – Błagam panią, chcę pół kubka mleka dla synka, on umiera… – tymi słowami zaczepiła Jadwigę młoda kobieta z dzieckiem na ręku. Trudno było jej wytłumaczyć, że w szpitalu nie trzyma się mleka, a od wybuchu Powstania Jadwiga nigdzie go nie widziała.

w lewo zwrot

Jest 3 albo 4 września, Jadwiga biegnie ulicą na końcu kilkudziesięcioosobowej grupy. Luftwaffe intensywnie bombarduje ten rejon miasta. Ludzie znikają w podwórku jednej z kamienic i chronią się w piwnicy po prawej stronie. Będąc już w połowie schodów, Jadwiga zawraca, bo jakaś siła mówi jej, by weszła do piwnicy po lewej stronie. Gdy biegnie przez podwórko, słyszy syrenę spadającej bomby. Wpada do piwnicy, potem jest już tylko huk i ciemność. Kilka minut później wychodzi, widzi, że część kamienicy po prawej nie istnieje, jest całkowicie zburzona. Nikt nie daje znaku życia.
Po latach wielokrotnie będzie słyszała od swojego syna pytanie: – Próbowałaś chyba uwolnić jakoś uwięzionych pod gruzami? Nie słyszałaś żadnych głosów?
Będzie odpowiadała, że niewiele mogła wtedy zrobić. Ludzie pracowali tam przez kilka godzin, ale bez skutku. Zresztą grup odgruzowujących Jadwiga widziała w tym czasie wiele i za każdym razem finał ich prac był ten sam – żadnych ocalonych.

Pies i jego pan

– Matka dobrze zapamiętała pewną słoneczną niedzielę. Przez otwarte okno wychodzące na podwórko kamienicy przy ul. Grzybowskiej patrzyła na stojących tam ludzi – opowiada tata. Wśród nich jest młody Powstaniec z pięknym owczarkiem niemieckim. Wszyscy są w dobrych nastrojach, często się śmieją. Ich rozmowę przerywa ryk pocisku burzącego, słynnej „krowy”. Kilkanaście sekund później na podwórku leżą szczątki porozrywanych ciał. We framudze okna i meblach stojących w mieszkaniu tkwi mnóstwo odłamków, ale Jadwiga nie jest nawet draśnięta. Szczęście mniej jej dopisuje, gdy jakiś czas później, przebiegając przez ulicę, gubi złoty łańcuszek z medalionem, w którym było zdjęcie rodziców. Już nigdy go nie znajdzie, a przecież była to jedyna rzecz, która przypominała o rodzinie. Na Kole została matka Jadwigi, jej młodsza siostra Zofia i trzech braci. Ojciec, Feliks Biernacki, warszawski tramwajarz, został aresztowany i rozstrzelany przez Niemców w 1942 r. w Magdalence pod Warszawą.

Amerykanie, Rosjanie i nowa Polska

Po upadku Powstania, przez Pruszków i Wrocław, Jadwiga trafia do Opladen w Zagłębiu Ruhry. Przez 12 godzin dziennie, wraz z 20 innymi młodymi kobietami z Warszawy, obsługuje frezarkę w Ortro-Maschinenbau. Pewnego dnia postanawia zablokować wyłączniki końcowe, maszyna się psuje i produkcja staje. Niemieccy nadzorcy są wściekli i chcą ją natychmiast rozstrzelać. – Nie widzicie, że ta głupia Polka nic nie rozumie i nie nadaje się do pracy na frezarce? – ten krzyk starego francuskiego brygadzisty ratuje jej życie. Trafia na mniej odpowiedzialne stanowisko, a w listopadzie 1944 r. wraz z grupą Polek zostaje przeniesiona w okolice granicy holenderskiej. Tam kopią rowy strzeleckie. Zima jest bardzo ostra, więc mają odmrożone palce. Któregoś dnia młody esesman wykrzykuje coś i przystawia Jadwidze do skroni pistolet. Interweniuje stary niemiecki wartownik, ona niewiele rozumie z tej sprzeczki, ale esesman odchodzi.
Amerykańskie samoloty pojawiają się codziennie i ostrzeliwują pracujące więźniarki, a na otwartym polu nie ma się gdzie schować. Jedna z serii z karabinu maszynowego przelatuje o centymetry od stóp Jadwigi. gdy wreszcie wkraczają Amerykanie, Jadwiga trafia do wielkiego pałacu zamienionego w sztab dowodzenia. Spiżarnia jest pełna wykwintnego jedzenia i markowych win. Po raz pierwszy od wyjścia z domu może się najeść.
Jakiś czas później idzie pieszo przez dwa tygodnie, by dotrzeć do punktu zbiorczego we Frankfurcie nad Menem. A potem amerykańską ciężarówką jedzie do Drezna – tam widzi morze ruin i tysiące obdartych ludzi. Po kilku dniach staje na amerykańskim punkcie kontrolnym. Dalej są już Rosjanie, którzy kontrolują teren na wschód od Drezna. – Proszę się dobrze zastanowić, stamtąd nie można już wrócić, to furtka w jedną stronę. Może się pani osiedlić w USA lub jakimkolwiek innym kraju pod wpływem Brytyjczyków, udzielimy wszelkiej pomocy – trzykrotnie powtarza amerykański oficer łamaną polszczyzną. – Muszę wracać do domu, do matki i rodzeństwa – odpowiada Jadwiga. W Zgorzelcu przekracza Nysę Łużycką i jest już w nowej Polsce.
Pociągami towarowymi dociera do Warszawy i puka do drzwi mieszkania przy ul. Obozowej na Kole. Minął rok, odkąd wyszła z domu.