Joanna Ewa Czajka uczy się w 8 LO im. króla Władysława IV. Lubi geografię, bieganie i jazdę na łyżwach. w wolnym czasie, którego nie ma zbyt dużo, czyta książki fantasy i gra na komputerze. Jej marzeniem jest skok na bungee oraz podróż dookoła świata. na pomysł napisania reportażu wpadła dzięki swojej babci, która często opowiadała o czasach swej młodości.

Czas wielkiej wedrowki

– Miałam wtedy rower, bo w trakcie Powstania rozwoziłam po okolicznych wsiach ulotki konspiracyjne. Przeważnie przemycałam je w butach – opowiada Leokadia Czajka, moja babcia

Na długi czas Leokadia musiała zapomnieć o pięknych kobiecych sukienkach

Mieszkańcy podwarszawskich wsi zapamiętali Powstanie jako bardzo trudny czas. Żeby przetrwać, nieustająco zmieniali miejsce pobytu. Nikt nigdzie nie zatrzymywał się na dłużej, a przecież upał utrudniał podróże. Taką historię ma też za sobą moja babcia Leokadia Teresa Czajka (wtedy jeszcze Prokopowicz) oraz jej rodzice i rodzeństwo. Przez Słopsk, skąd pochodzili, przebiegała linia frontu. Mieszkańcy ukrywali się, gdzie tylko mogli, czasem cały dzień trzeba było przesiedzieć w rowie, by minimalizować ryzyko.
Babcia kolportowała ulotki, które dostawała od koleżanki. Były w nich informacje o poczynaniach Niemców. Pamięta, że zawsze wyruszała w trasę wieczorem i dlatego podczas tych wypraw udawało jej się nie spotykać nikogo. Takie zadanie wymagało też odpowiedniego stroju – babcia musiała zapomnieć o pięknych kobiecych sukienkach i postawić na wygodne dresowe spodnie, bluzę i ciepłą skórzaną kurtkę. a wszystko w kolorze brązowym. Torebki nie miała, nie zdążyła jej zabrać, gdy uciekali z domu, żeby się ukryć przed Niemcami.

Wrzesień, paczka i rów

W czasie jednej z nocnych wypraw, na początku września, spotkała dawno niewidzianego sąsiada. Ostrzegł ją, że będą aresztowania AK-owców. Nic o tym nie wiedziała i przestraszyła się, bo była przecież łączniczką. Co prawda tylko nieliczni zdawali sobie z tego sprawę, ale to nie zmniejszało strachu. Udało jej się ujść cało, ale niestety nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ona. Złapanych AK-owców Niemcy bili i rozstrzeliwali. Babci na szczęście nikt nie wydał.
Innego wrześniowego wieczoru przewoziła rowerem do sąsiedniej miejscowości paczkę z bronią. Było ciemno, wpadła do rowu. Chciała wołać o pomoc, ale się opanowała, bo przecież mogli ją usłyszeć niemieccy żołnierze. Najpierw wypchnęła więc z rowu paczkę, potem rower, ale samej trudno było się wydostać. Udało się dopiero po wielu próbach. – Nigdy tego nie zapomnę. To była prawdziwie straszna przygoda – zapewnia. Zapamiętała też, jak w czasie Powstania niemieccy żołnierze zatrzymali jej koleżankę, Helenę. – Wszyscy mówili, że nas wyda. A nie wydała – mówi ze łzami w oczach. Helena była długo torturowana, Niemcy trzymali ją na cmentarzu w Niegowie, a gdy doszli do wniosku, że nie będzie z niej pożytku, bo nic już nie powie, rozstrzelali ją. – Strasznie płakałam, gdy się o tym dowiedziałam – dodaje babcia. W pamięci została jej też wieś Zabrodzie, w której spędziła kilka dni. Ludzie nie mieli co jeść, a radzieccy żołnierze rozdawali zupę. – Trzymali ją w olbrzymim kotle i częstowali mieszkańców. Ale nigdy nie mogłam zgadnąć, z czego właściwie była robiona. Kompletnie nie miała smaku – wspomina.

PISTOLET PRZYSTAWIONY do PIERSI

Jest koniec września. Wraca do Słopska, ale po domu nie ma już ani śladu. Spalili go Niemcy, została tylko kupa popiołu. Jej rodzinie towarzyszy kobieta z małą córeczką, która uciekła z Warszawy. Wszyscy urządzili sobie tymczasowe schronienie w szopie. Babcia pamięta, że tej nocy cały czas lało. Nagle ktoś strzela do drzwi. Wszyscy się budzą. Dziewczynka zaczyna płakać. Do środka wchodzi radziecki żołnierz, wyprowadza babcię na dwór i przystawia jej pistolet do piersi. Ot tak, dla zabawy. Na dworze czuć, że chwycił przymrozek. – Miałam wtedy na sobie tylko cienką koszulę nocną. Pamiętam, że była cała biała w żółte kwiatki – wspomina. I dodaje: – Nie miałam żadnych butów i stałam tak ponad godzinę. Żołnierz co jakiś czas każe babci klękać. – Myślałam, że wtedy umrę. Jak nie ze strachu, to z zimna – opowiada, a w jej głosie nawet dziś można wyczuć olbrzymi strach. Babcię ratuje w końcu jej starszy kuzyn, który odważył się wyjść z szopy i porozmawiać z Rosjaninem. Nie znał języka, ale jakoś się dogadali. Żołnierz godzi się puścić babcię. – Na koniec jeszcze mnie silnie popchnął, zaczął się śmiać i poszedł – przypomina sobie. – Nie widziałam go więcej w naszych okolicach. Później dowiedziałam się, że miał na imię Iwan.

ŻÓŁTA jak MARCHEWKA

Powstanie kończy się dla babci chorobą – przedostatniego dnia dopada ją żółtaczka. – Chciałam od razu jechać do lekarza, ale nie miałam roweru, bo pożyczyłam go koleżance – wyjaśnia. Po pomoc medyczną zawozi ją więc brat: – Siedziałam z tyłu na bagażniku i pamiętam, że było mi strasznie niewygodnie. Gdy dotarli na miejsce, od razu weszła po schodach do lekarza. Był nim starszy pan, bliski znajomy rodziców. Obejrzał ją i powiedział: – Marnej choroby nabawiła się panna Prokopowiczówna. Ale babcia nie przestraszyła się tych słów, a po powrocie od lekarza leżała w łóżku tylko dwa dni. Szybko wyzdrowiała i dziś ma na ten fenomen proste wyjaśnienie: – Widać nie była to żółtaczka zaraźliwa, tylko nabyta. Zachorowałam ze strachu po tym spotkaniu z radzieckim żołnierzem.