Weronika Salamon uczy się w 34 LO im. Miguela de Cervantesa. Interesuje się sportem, literaturą, fotografią oraz tańczy modern jazz. Bardzo ciekawi ją historia II wojny światowej, zwłaszcza okres Powstania Warszawskiego.
Maria Ziemka uczy się w 34 LO im. Miguela de Cervantesa. Interesuje się filozofią, jednak nie wie, czy to z nią zwiąże swoją przyszłość. Może pójdzie na polonistykę albo dziennikarstwo. Uwielbia jeździć na snowboardzie, żeglować i czytać książki o tematyce wojennej.

Dziewczyna dzielna od urodzenia

Tak bardzo chciała już nie patrzeć na to wszystko, nie słyszeć „krów” i lecących samolotów

Jadwiga Przybylska-Wolf długo nie mogła zdecydować się na wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego

Spotkałyśmy panią Jadwigę przypadkiem. Wychodziłyśmy z repliki kanału w Muzeum Powstania Warszawskiego i usłyszałyśmy, jak tłumaczy ochroniarzowi, że wcale nie tak one w rzeczywistości wyglądały. Było w nich ciemno, mokro i cuchnęło fekaliami. Po krótkiej rozmowie ta charyzmatyczna starsza pani zgodziła się opowiedzieć nam o sobie. To niesamowite, że w taki sposób poznałyśmy osobę, której historia tak nas poruszyła i zafascynowała.

Bohaterzy są wśród nas

Szpital na ul. Mariańskiej. To tam dużą część Powstania spędziła Jadwiga Przybylska-Wolf, pseudonim „Iga”, sanitariuszka w batalionie „Chrobry II”. Choć miała za sobą tylko krótki kurs dla pielęgniarek, nie bała się, nie brzydziła, nie czuła wstrętu na widok krwi czy mózgu wprost wyłażącego z czaszki. Po prostu robiła swoje. – Mama mówiła, że zawsze, już od urodzenia, byłam poważna i dzielna – kwituje śmiechem. Ulubienica swoich podopiecznych, świetnie radziła sobie z obowiązkami, nawet tymi przekraczającymi możliwości drobniutkiej 17-latki. Sama do tej pory dziwi się, jakim cudem udawało jej się wnieść dwa wiadra pełne wody, gdy trzeba było myć rannych. Nas zastanawia bardziej, jak dwie młode pielęgniarki były w stanie nieść na noszach dorosłego mężczyznę! Jadwiga nie potrafi tego wytłumaczyć, choć niejednokrotnie sama tak robiła.

Czas na miłość

Wersje są dwie. na miłość nie było czasu albo Jadwiga nie dojrzała do tego uczucia. a jednak we wspomnieniach pojawia się adorator ze szpitala. Gotowy, by ją poślubić. Nic dziwnego, była prześliczną dziewczyną. ale nie myślała o białym welonie przypiętym do włosów, wystarczał jej szybko tracący biały kolor fartuszek, w którym chodziła przez większość Powstania. Uśmiecha się uroczo, gdy przyznaje, że zgodziła się na ślub, ale wtedy nikt nie był pewien, czy przeżyje następnych kilka dni. Powiedziała więc „tak”, ale to nie było całkiem na poważnie. Po latach, kiedy znów się spotkali, rozczarowanie tego mężczyzny było ogromne, bo studiująca wówczas Jadwiga zdecydowanie odmówiła zamążpójścia. ale wracając do czasów Powstania – zapamiętała, że z podopiecznymi było jej wesoło, bo zawsze ktoś śpiewał albo żartował. Uwielbiali ją za wszystko – za ofiarowanie im swojego serca, za przynoszenie kwiatów do szpitala czy po prostu zapalanie papierosa. I tylko w trakcie bombardowania panowała cisza, a w powietrzu wisiał strach. – Ale – jak mówi – widać Bóg musiał się nią szczególnie opiekować, bo zawsze wychodziła cało z każdej opresji. Tylko raz została zraniona w głowę, ale to w sumie nic poważnego. a gdy pocisk uderzył w ścianę, 5 cm od niej, jedynie długo się śmiała, a dziś opowiada o tym: – Człowiek w czasie Powstania inaczej postrzegał swoje życie.

jak raj

Pamięta, że na początku Powstania pomagała kobiecie z nogą w gipsie przedostać się na Powiśle. Było ciężko, bo ludzie odmawiali im wsparcia albo pomagali tylko przez chwilę. Kiedy w końcu tam dotarły, zaskoczył je spokój panujący w tej dzielnicy: nie słychać było wystrzałów, ludzie mieli wodę i jakieś warzywa. Rodzina Jadwigi mieszkała już wtedy w piwnicy. Spano tam na węglu, a do jedzenia były zwykle kluski kładzione, oczywiście póki była jeszcze mąka i konina. Za pomoc w przeprawie dostała kawałek mięsa – i było to mięso psa.

Dusza pod gruzami

Kiedy trzeba było ewakuować się ze Śródmieścia, Jadwiga zaprowadziła swoją rodzinę właśnie na Powiśle. Podczas tej drogi jej 14-letnia siostra zginęła raniona w głowę. – Wszyscy zginą, to tylko kwestia czasu – myślała od tamtego czasu. Gdy zaczynał się kolejny dzień, nie przywiązywała się do myśli, że go przeżyje. Ale nie bała się śmierci, widziała ją tyle razy w szpitalu. W swym pamiętniku napisała, że czuła żal do siostry i bardzo jej zazdrościła. Tak bardzo chciała już nie oglądać tego wszystkiego, nie przeżywać, nie słyszeć już „krów” i lecących samolotów. Myślała o tym, zapisała te słowa i było jej wstyd za samą siebie. Dziś zastanawia się, kto miał gorzej. Czy ten, kto zginął, licząc na zwycięstwo i nie zobaczył upadku ukochanej Warszawy, czy ten, kto przeżył, ale zostawił pod gruzami swoją duszę?

z synem w muzeum

Była przy tym, gdy wyciągano ludzi z kanału. Szła ul. Warecką, upał nie do zniesienia, jak to w sierpniu. – Chwilę po wyciągnięciu ci ludzie padali jak muchy – wspomina, bo wciąż tkwi to w jej pamięci. I dodaje, że długo nie mogła się zmierzyć z wizytą w Muzeum Powstania. Gdy poszła tam po raz pierwszy, w towarzystwie syna, cała się trzęsła, a jej dłonie były zupełnie lodowate. Wytrzymała chwilę i wyszła. Przeszkadzały jej odgłosy lecących samolotów, zrzucanych i uderzających o ziemię bomb, to wszystko uruchamiało w jej głowie za dużo wspomnień. Więcej czasu spędziła w muzeum dopiero parę lat temu, gdy przyjechał do niej znajomy z zagranicy i wybrali się tam razem. Nawet teraz, gdy ogląda telewizję i pojawia się dokument o Powstaniu, zmienia kanał. Trudno jej przypomnieć sobie, co zapisała w pamiętniku na ten czy inny temat, bo po prostu do niego nie zagląda.

Mężczyzna z dzieckiem na ręku

Dobrze zapamiętała mężczyznę z poduszką ubranego w płaszcz. Działo się to wtedy, gdy Niemcy pędzili warszawiaków do Pruszkowa. Pani Jadwiga zobaczyła go pierwszy raz, gdy stał w bramie, a w ramionach trzymał niemowlę otulone w poduszkę. Pomyślała, że żona tego człowieka urodziła i pewnie od razu umarła. Potem wszystkich warszawiaków zapędzono do kościoła św. Wojciecha. Wspomina, że byli tak zmęczeni i zmasakrowani, że nawet nie przejęli się groźbą Niemców, że kościół jest zaminowany. – Módlcie się, Polacy, skoro tak lubicie się modlić! – krzyczeli Niemcy. Wtedy – dokładnie w tamtej chwili – zobaczyła mężczyznę z poduszką po drugi raz. A potem okazało się, że miny były źle podłożone i kościół nie wyleciał w powietrze, jak to zapowiadano. Po nieudanym ataku wypędzono wszystkich na zewnątrz i zaprowadzono do Pruszkowa. Na drodze po raz trzeci spotkała mężczyznę z niemowlęciem. Do dziś się zastanawia, co się z nimi stało.