Sara Bustamante-Drozdek chodzi do 9 LO im. Klementyny Hoffmanowej. Interesuje się historią Żydów. Jej pasją jest film – chce zdawać na reżyserię do łódzkiej filmówki. Projekt „Dom przy barykadzie” uznała za świetną okazję, by poznać powstańcze historie i zdobyć nowe doświadczenie.

Gołębie, żyrandol i mężczyzna z wąsem

– Nie ma normalnego życia, prędko, prędko i nie wiesz, gdzie cię ustrzelą

Halinę Szopińską koledzy z gimnazjum nazywali „czarnookim bóstwem z kruczym haczykiem na czole”

Myśmy miały tak: Hoża, Wilcza, Poznańska, Krucza, to był nasz rejon – wylicza Halina Szopińska, pseudonim „Blanka”, sanitariuszka i pielęgniarka. Ma 24 lata i w osiem miesięcy po ślubie wyjeżdża do ojcowskiego gospodarstwa pod Lublinem, gdzie dowiaduje się, że wybuchło Powstanie. Sprzeciwia się decyzji ojca i bez pożegnania wychodzi z domu. Już po południu jest w Warszawie.

Rentgen na barykady

– Doszłam do Marszałkowskiej 74, zobaczyłam pierwszego trupa i tu już zostałam. Dalej nie można było iść, bo wiadomo – Niemcy i strzelanie. i barykady trzeba robić, ale z czego? – opowiada. Ludzie wyrywają chodnikowe płyty, ale to nie wystarcza. – A ja widzę, że tam stoi wielka skrzynia, więc mówię, by ją dali na barykadę. Nie wiadomo co to było, takie olbrzymie – Halina podśmiewa się pod nosem. – Ale jak się otworzył szpital na Hożej, to zaczęli szukać rentgena, bo podobno tam był przecież lekarz na Marszałkowskiej. i ja sobie wtedy pomyślałam, że myśmy ten rentgen dali na barykadę! No to trzeba było ją rozebrać i dopiero wtedy trafił do szpitala – śmieje się.

Konserwy za wódkę

– Taką ciekawostkę zapamiętałam. Tam na Poznańskiej jest mur… – Halina zawiesza głos, tylko słyszała tę opowieść, ale jest pewna, że to prawda. – Po jednej stronie muru byli Niemcy, a po drugiej byliśmy my. i chłopaki tak się dogadali z tymi Niemcami, że z jednej strony wyjmowali cegłę i mówili: „To teraz robimy przerwę na kilka godzin”. i dodaje: – Myśmy im dawali wódkę, a oni nam puszki z mięsem i po kilku godzinach wracaliśmy do walki. W tym samym czasie porucznik Haliny bierze sobie niemieckiego jeńca za ordynansa. Jeniec jest Ślązakiem, dlatego świetnie mówi po polsku i dobrze dogaduje się z porucznikiem. Mieszkają nawet razem w pokoju. Pewnej nocy porucznik zostaje pilnie wezwany na odprawę. Zaspany podrywa się, ubiera w pośpiechu i co sił w nogach biegnie w umówione miejsce. Wpada zziajany. Po kwadransie do sali pełnej dowódców ktoś puka. w drzwiach ukazuje się 60-letni ordynans: – Panie poruczniku, pan zapomniał karabin. Halina zamyśla się i kwituje gorzko: – Zdegradowali go, tego porucznika, bo przecież ten Niemiec wszystkich mógł wystrzelać.

Gołębie instant

Halina opiekuje się młodymi chłopcami, których pieszczotliwie nazywa harcerzykami. Nieraz mówi do któregoś z nich: – Idź do domu, bo mama będzie płakać, że ciebie nie ma tyle godzin. Słyszy w odpowiedzi: – Nie mogę, mam służbę. Pewnego dnia jeden z chłopców zostaje ranny i trafia do szpitala polowego na Hożej. – A te dzieciaki, troje ich było, mówią, że koniecznie muszą upolować gołębia, żeby zanieść temu chłopakowi mięso do szpitala. Gdzieś zdobyli sztucer i ze Śródmieścia, pod tym ostrzałem, ja nie wiem jak, dostali się aż na pl. Trzech Krzyży i tam upolowali te ptaki – relacjonuje. Gołębie gotowane w wojskowych kuchenkach pod zbyt dużym ciśnieniem po prostu się rozpływają. – Co to była za tragedia, jak oni chodzili na skargę, że kucharki ukradły mięso! a przecież one nie zrobiły tego specjalnie – tłumaczy, jakby sama czuła się trochę winna.

Mówi Marszałek

Cisza. Nad Warszawą unosi się łuna pożarów. Halina uznaje, że to wprost wymarzone warunki do wywoływania duchów. Papier zapisany literami, na nim talerzyk, ona i koleżanki łapią się za ręce. Wywołują ducha Piłsudskiego, bo jest przecież polskim wodzem, najważniejszym i najmilszym im człowiekiem z wąsem. – I talerz zaczyna się kręcić, i strzałka na naszą koleżankę, i Piłsudski mówi, że jej ojciec zginął. I robi się jakiś przeciąg, gaśnie świeca. Ona idzie rano do domu i mówi, że ojciec nie żyje – opowiada. i zaklina się, że nigdy więcej nie odważyła się powtórzyć seansu spirytystycznego.

Człowiek strzela, a Bóg kule nosi

Czerniaków, trwa ostrzał. Jest chłodna noc, Halina skulona przebiera palcami kolejne paciorki różańca, obok niej kolega i koleżanka. Siedzą pod ścianą bez okien, należącą do budynku, w którym stacjonują Niemcy. On zostaje zabity, ona postrzelona. – Przecież nie zostawię jej na Czerniakowie, jej ojciec jest lekarzem – myśli Halina. Udaje się znaleźć nosze, organizuje ludzi, sama idzie za grupą z ranną, nadlatujące zewsząd kule odbijają się od bruku. – Że ja ranna nie zostałam, to cud – mówi. – Potem od pl. Trzech Krzyży pomagali głuchoniemi. Oni nie słyszeli, więc się nie bali. Przynieśliśmy ją do Śródmieścia, żeby ojciec mógł ją ratować.

Nie do zapomnienia

Plac Trzech Krzyży. Naprzeciwko kościoła św. Aleksandra stoi duży gmach. Co było dla niej najgorszym widokiem zapamiętanym z powstańczej Warszawy? – Pies powieszony w oknie na pasku od spodni. Jak dużo później jechałam tamtędy, to mówię do taksówkarza, że ja ciągle widzę tego psa wiszącego – opowiada.

***

Stare Miasto upada, trwa ewakuacja kanałami, a Mieczysław Fogg chce dać koncert. – Tylko gdzie ten koncert? Tam Al. Ujazdowskie mieliśmy i dojście w Ambasadzie Francuskiej, gdzie dywany takie… – Halina pokazuje, że miały przynajmniej z 10 cm grubości. – I chłopaki brudne kładli się na dywany. i tak szczęśliwi leżeli na tych dywanach. I Fogg się pyta: „No to jeszcze co?”. A oni to taką piosenkę chcieli, a taką… – zamyśla się. I dodaje: – Gdyby nie było dowództwa, to zginęlibyśmy wszyscy. I gdyby dziś wybuchło Powstanie, to też wszyscy by poszli. Bo ten by poszedł, a ten by powiedział: „Co, on poszedł, a ja nie?”.

***

Poznałyśmy się przypadkowo w Związku Powstańców Warszawskich, a teraz siedzimy razem w jej mokotowskim mieszkaniu, a ona energicznie miesza herbatę i kończy opowieść o brudnych Powstańcach na francuskich, grubych dywanach i o Foggu, który pod kryształowymi żyrandolami śpiewał tylko dla nich. Przez kilka chwil mogli cieszyć się tą namiastką szczęścia. – Pamiętam, że jak już skończył śpiewać, pewna dziennikarka wstała i powiedziała taki wierszyk: „Czekamy na ciebie, czerwona zarazo, aż nas uwolnisz od białej śmierci”. Biała śmierć szczęśliwie omija Halinę, żadna kula jej nawet nie draśnie i dopiero czerwona zaraza ją dopadnie. Wtrącona przez władze bolszewickie do więzienia, spędzi tam 10 lat.