Hanna Szlachcikowska uczy się w 9 LO im. Klementyny Hoffmanowej. Lato spędza na plaży jako ratownik, a zimą jeździ na nartach. Śpiewa w chórze, chodzi na zajęcia teatralne, a w wolnych chwilach rysuje i fotografuje. Uwielbia obserwować ludzi i z nimi rozmawiać. Chciała podzielić się z innymi historią dwóch kobiet, którą poznała, i napisać coś, co nie będzie interpretacją i analizą o trójdzielnej kompozycji.

My dwie bez opasek

w tej historii występują dwie łączniczki, dwudziestu miłych chłopców, aktorka, kapelusze i dziurawe skarpetki

Zofia Szatyńska i Sabina Domańska w czasie Powstania były łączniczkami. Poznały się dzięki autorce tekstu

– Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć – tymi słowami z brewiarza kończy nasze spotkanie Zofia Szatyńska, która w 1944 r. rozwoziła na rowerze informacje o Godzinie „W”. – Bez różańca nie jestem w stanie wyjść z domu – puentuje opowiadanie druga łączniczka, Sabina Domańska, którą Powstanie zastało w pracowni modniarskiej. Obie były niezastąpione niczym GPS-y – jako jedyne w swoich batalionach znały drogi prowadzące do strategicznych punktów przez zawiłe labirynty kanałów i podwórek. Dzięki wielkiemu szczęściu wymykały się śmierci, a dziś dziękują Bogu, że chronił je w tak spektakularny sposób.

w pracowni modniarskiej

Przy ul. Jasnej strzelanina. Do sklepu z kapeluszami pod numerem 6 wpadają ludzie, chroniąc się przed kulami. Wśród nich Mieczysława Ćwiklińska. Gdy się trochę uspokaja, wszyscy, prócz gwiazdy, wracają do domów. Aktorka zostaje w pracowni na noc. – Rano patrzymy, a pani Ćwiklińska, starym zwyczajem, ma na głowie papiloty z gałganków – tak Sabina wspomina pierwszy dzień Powstania. I dodaje: – Takie zabiegi były możliwe tylko na początku. Później brakowało nawet wody pitnej. W garnuszku wody człowiek się mył, jak kotek – śmieje się. I od razu mówi też o sklepie perfumeryjnym przy ul. Widok, gdzie było drugie stanowisko jej oddziału. Stała tam na barykadzie i nagle świst! Odruchowo skuliła się i to ją uratowało. Jej towarzysze nie mieli tyle szczęścia – jednemu oderwało całe ramię, a drugi w ogóle zniknął pod gruzami. – Mocna głowa mnie uratowała – komentuje Sabina. Potem udało jej się znaleźć w bazie trochę wody kolońskiej, żeby zmyć gruz z włosów.

z bijącym sercem

W Warszawie rzadkością są zwierzęta, ale często mówi się o krowach – bo tak nazywano pociski, które podczas lotu charakterystycznie „muczały”. Po ich uderzeniu, nie dość, że wszędzie leje się krew, to jeszcze ludzie się palą. – Tego dnia byłam nie tylko łączniczką, ale też sanitariuszką – wspomina Sabina. Jest ładnie i słonecznie. Nagle rozlega się to muczenie. Wszyscy, którzy nie są wprawieni w lokalizowaniu pocisków ze słuchu, zbijają się w ciasnej bramie. – To, co działo się potem, do dziś mi się przypomina, jak tamtędy przechodzę. Patrzyłam na to przytulona do budynku filharmonii – ciągnie drżącym głosem. Palące się, zakrwawione ciała rozrzucone po uderzeniu pocisku w bramę. Zupełnie zdarty beton z jezdni. I Powstańcy turlający w tym odkrytym piasku ludzi, którzy stali się żywymi pochodniami. Sabina zapamiętała, że o przeżyciu często decydował łut szczęścia. Jej brat, gdy uciekali przed ostrzałem tzw. gołębiarzy, czyli snajperów niemieckich, zauważył z przerażeniem, że jedna z jego nóg stała się krótsza. Okazało się, że odstrzelono mu obcas. Jej samej zdarzało się zatrzymać w powybijanych dziurach między piwnicami, by za chwilę usłyszeć oddalający się szwargot niemiecki. A przecież wystarczyłby jeden szelest i prowadzony przez łączniczkę pułkownik „Radwan” wpadłby w ręce wroga.

Miłość, co przeżyła Powstanie

Zaprowadzono ją do mieszkania – tam miała na nią czekać osoba, która pomoże jej wejść do służby w konspiracji. Drzwi otwierają się powoli, a w progu stoi On – wysoki, przystojny, dobrze zbudowany, z burzą ciemnych loków nad czołem. Znała go z widzenia. Nieraz ich oczy spotykały się w tramwaju, którym oboje codziennie rano jeździli. Teraz nareszcie go pozna. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Później cudem przeżyli Powstanie, odnaleźli się i wzięli ślub. – To było absolutne szaleństwo – wspomina Zofia. – Miałam jedną spódnicę, wykombinowałam jakąś bluzkę, płaszcz od kogoś pożyczyłam, ale wiedziałam, że jak się pobierzemy, to nas Niemcy nie rozdzielą. Dziś Zofia jest matką sześciorga dzieci, babcią siedemnaściorga wnucząt i tyluż prawnucząt.

Wiemy, kim jesteś

– Ja się aż paliłam do konspiracji – wspomina. Większość dziewczyn jest wtedy sanitariuszkami. Zosi się to nie podoba, wolałaby coś bardziej ekscytującego, dlatego idzie na kursy łączności, na których uczy się np. jak teoretycznie prowadzić samochód. To jedna z tych rzeczy, które jej się nigdy nie przydadzą, bo już od początku wiadomo, że jedyną drogą komunikacyjną są kanały. Dlatego każda łączniczka musiała nauczyć się jakiejś określonej drogi, którą w ciemności, bez żadnej mapy i pomocy, będzie umiała przeprowadzić Powstańców. Przedzieranie się przez kanały, gdzie woda przepełniona odchodami sięgała nieraz po szyję, to było coś strasznego. – Niejeden wrażliwszy topił się po prostu. Tak też zginęła moja siostra – zawiesza głos Zofia. Zdarza się sytuacja, która zmusza ją do schowania się przed ostrzałem w kamienicy. Siedzi tam też jakiś pododdział. Radość na widok młodej dziewczyny, łączniczki, która przynosi wieści z zewnątrz, zelektryzowała wszystkich chłopaków. – Byli bardzo mili, więc sobie rozmawialiśmy, nie mieliśmy nic innego do roboty – opowiada. Przygląda się temu około 30-letnia kobieta, może jest zazdrosna, a może chce się uratować, grunt, że zdradza ich Niemcom. Ci wpadają nagle do środka i każą wszystkim zejść do piwnicy. Wyciągają stamtąd Zofię. Wyprowadza ją Ślązak, który wciąż powtarza: „Rozstrzelamy cię, wiemy, kim jesteś, bandytko”. Zofia najbardziej boi się nie śmierci, ale tortur. Czy będzie w stanie milczeć? Nie trafia jednak do siedziby gestapo, tylko na przesłuchanie na dworzec. Tłumacz chce ją uratować. Idzie z nią do łazienki i każe zniszczyć opaskę powstańczą. – Potem na przesłuchaniu miałam taką przytomność umysłu, jak nigdy więcej w życiu – śmieje się Zofia. W końcu dołączyli ją do jednego ze swoich oddziałów. – Trzeba przyznać, że zachowywali się bardzo przyzwoicie. Nie robili nic niestosownego. Jakby to byli bolszewicy, to zgwałciliby mnie sto razy. A ci – nic. Nawet mnie karmili – podkreśla. Nie można się nigdzie ruszać. Niemcy chodzą pacyfikować mieszkańców, wracają potem ze swoich wypraw, a Zosia im ceruje i pierze skarpetki. I tu opowieść się urywa. – Teraz na deser jeszcze dwie krzyżóweczki – uśmiecha się i bierze długopis Zofia Szatyńska.