Veronika Sonja Stawiarczyk uczy się w Prywatnym Żeńskim Liceum im. Cecylii Plater-Zyberkówny. Lubi słuchać jazzu – najbardziej Niny Simone, ale też Arethy Franklin. Gra w tenisa, jeździ na nartach, lubi wyprawy do teatru. do przeprowadzenia wywiadu z babcią skłoniła ją czysta ciekawość. Zaraz potem pojawiła się chęć opowiedzenia innym, jak 66 lat temu wyglądała Warszawa.

Na Śniadeckich odwracam wzrok

– To nie do opisania, nagle huk, grzmot, nie możesz oddychać, bo masz pył w ustach, obok gruchnęła bomba, a front budynku się wali – opowiada moja babcia

Krysia ze swoim ukochanym misiem

W sierpniu 44 r. miałam zaledwie siedem lat, a mój brat Rysio tylko rok więcej i byliśmy sierotami – zaczyna opowieść 73-letnia Krystyna Balkowska, moja babcia, która po mężu Józefie przyjęła nazwisko Olborska. Jej mama zmarła w 1941 r., a ojciec pięć tygodni przed wybuchem Powstania. Krysia z Rysiem mieszkali więc ze swoimi dziadkami i kuzynką Marysią w kamienicy przy ul. Śniadeckich 15, należącej do nieżyjącego ojca. Część domów stojących przy tej ulicy przetrwała do dziś, natomiast do 1995 r. zachowała się też kostka brukowa i szyny tramwajowe, po których od 1908 r. jeździł tramwaj elektryczny.

Po chleb na Koszykową

– Na dole kamienicy znajdował się skład apteczny, a że dziadek był aptekarzem, więc w czasie Powstania wymienialiśmy lekarstwa na chleb. Taki był nasz sposób na zdobywanie jedzenia – wspomina babcia. Jej babcia, pochodząca z Poznania, znana była z gospodarności i nigdy niczego nie wyrzucała – obierki od ziemniaków odkładała dla zwierząt pana Marcelego, który dojeżdżał z podwarszawskiej wsi do pracy i na Śniadeckich sprzątał podwórko. Przeżyli dzięki temu, że ostatniego worka nie zdążył odebrać. Przez dwa i pół miesiąca jedli na zmianę właśnie te obierki i moczony w wodzie chleb. By go zdobyć, Marysia schodziła przy barykadzie usytuowanej tuż przy ich kamienicy do kanału, którym szła aż na ul. Koszykową. To tam, w piekarni, dokonywała wymiany i z chlebem wracała na ul. Śniadeckich. Trwało to dwa miesiące, aż powiedziała: – Nie pójdę więcej, jeśli Krysia nie pójdzie ze mną. – Ona się po prostu bała. Nie chciała umrzeć sama w kanale. Zresztą tam naprawdę wszyscy schodzili w parach – wspomina Krystyna. Nie było więc wyjścia, dziadek zrobił jej na czole znak krzyża i ruszyły w drogę. Pamięta, że skradały się do włazu jak szczury, bo Niemcy siedzieli na dachach budynków i strzelali do ludzi na ulicach. Maria weszła pierwsza, Krysia była za mała, by jej noga dosięgła szczebla drabinki, którą schodziło się na dół. Kuzynka musiała jej pomóc. W kanale nie było wody, ale błoto sięgało siedmiolatce za kolana. Rzadko włączały latarkę, by oszczędzać baterie, które były wtedy absolutnie nie do zdobycia. – Po dziś dzień dziękuję Bogu, że poszłam z nią tylko te trzy razy – wyznaje Krystyna 66 lat później.

Torebka, pierścionek i miś

Nie tylko to babcia zapamiętała z czasu Powstania tak dokładnie. Wystarczy przymknąć oczy i znów jest wrzesień, wszyscy są w domu, gdy nagle wpadają do niego Niemcy. Krzyczą: – Raus, raus! na opuszczenie mieszkania zostawiają jakieś 15 minut. – To przerażające, bo przez okno widzę, że kamienica obok płonie – przypomina sobie Krystyna. Jej dziadek, jak przystało na głowę rodziny, stara się zachować trzeźwość umysłu i pakuje wszystkie ważniejsze dokumenty i biżuterię. Babcia ubiera małą Krysię i Rysia w krymskie kożuszki, a na głowy zakłada im czerwone berety. Mówi: – Już wrzesień, a nie wiadomo, ile to potrwa. Dzieci trzymają w rękach kapcie, ale w tym pośpiechu nikt nie zauważy, że Rysio zabiera z mieszkania dwa prawe, a Krysia dwa lewe buty. Zdąży jeszcze złapać swojego ukochanego miśka, który jest prawie tak duży, jak ona. na szyi Krysi wisi teatralna torebka mamy. w środku jej własne zdjęcie, na odwrocie którego widnieje napis: „Krystyna Balkowska, ur. 22.08.1937”. Na palcu ma pierścionek mamy, owinięty papierem, by się nie zsunął z jej dziecięcej dłoni. Mają nadzieję, że Niemcy ich nie rozdzielą, ale gdy dochodzą do Politechniki, zaczyna się segregacja. Marysia ma iść na prawo, a dziadek, babcia i Rysio na lewo, jak wszyscy starsi i chorzy. – Straciłam ich z oczu, stałam i wołałam: „Rysiu, babciu, dziadku!”. I nic. Płakałam, byłam wystraszona. Zresztą, jak ma się czuć siedmioletnia dziewczynka, która nagle została całkiem sama? – pyta dziś Krystyna. Wtedy podchodzi do niej niemiecki oficer, przygląda się uważnie i daje jej cebulę, ćwiartkę chleba i skondensowane mleko. To wspomnienie nawet po latach wywołuje łzy. Tłum rusza dalej, ludzie pchają małą Krysię bezlitośnie, ona nie nadąża, jest jej trudno iść, bo ma na sobie ciężki kożuch. Wyrzuca tobołki spakowane przez babcię, dźwiga już tylko miśka. w tłumie ludzi dochodzi do Pruszkowa, gdzie stoją trzy baraki. w każdym z nich szuka rodziny, w końcu wchodzi do jednego, siada na ociosanym pieńku. Tuli ją do siebie jakaś obca kobieta, która mówi: – Nie płacz, dziecko, znajdziemy ich. Na drugi dzień Niemcy upychają wszystkich do wagonów bydlęcych wysypanych wapnem. Kiedy ma wsiadać Krysia, Niemiec wyrywa jej miśka i wyrzuca go. Jadą trzy dni, aż docierają do Skawiny, gdzie trafiają na rynek. Krysia siada koło pompy abisynki i patrzy na chaos: na ludzi, którzy płaczą, krzyczą, biegają i szukają swoich bliskich. – W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta, okryła futrem, dała znak, bym milczała i zabrała mnie do swojego domu. Jak się później dowiedziałam, była żoną jednego z komendantów AK ze Skawiny – opowiada Krystyna. Spędziła u niej wspaniałe półtora roku, przez które czuła się po prostu kochana. I dodaje: – Nawet kiedy miałam straszne wszy, nie obcięła mi moich pięknych długich włosów.

***

Po wojnie udało się jej odnaleźć brata, wujka i ciotkę, mamę Marysi. Babcia i dziadek zmarli we Włochach, dokąd zostali wywiezieni. W 1946 r. wróciła do Warszawy. Poszła zobaczyć, jak wygląda jej dom, ale zastała ruiny. I tylko na kawałku zachowanego balkonu od strony podwórka na sznurku wisiał przyczepiony klamerkami do bielizny sweter należący do Rysia. Nic więcej nie zostało. Same gruzy, sznurek i sweter.

Pamięta, że się zaśmiała.