Weronika Klecel jest uczennicą 9 LO im. Klementyny Hoffmanowej. Trenuje pływanie, działa w Ogólnopolskim Towarzystwie Ochrony Ptaków, lubi dobrą literaturę, zwłaszcza rosyjską i malarstwo Kandinsky’ego. Jej życie wypełnia muzyka. Gra na gitarze klasycznej, lubi też żonglować. Postanowiła napisać o babci przyjaciółki swojej mamy, bo bardzo dużo o niej wcześniej słyszała.

Nie dla chwały

– My, Powstańcy, nie uważamy się za bohaterów. Po prostu tak zostaliś my wychowani – o 1944 r. opowiada Maria Szamborska z domu Kosidowska, pseudonim „Żaba”

– Nie było wśród nas dzielnych i dzielniejszych – mówi Maria Szamborska

Jak trafiła Pani w powstańcze szeregi?

Przed sierpniem 44 r. byłam łączniczką w Armii Krajowej. Jeździłam po całej Polsce z rozkazami i meldunkami. Tuż przed Powstaniem miałam dostarczyć meldunek do Opoczna koło Warszawy. do domu wróciłam 31 lipca, a brat przyszedł się ze mną pożegnać. gdy następnego dnia usłyszałam strzały, wiedziałam, że Powstanie wybuchło. Mieszkaliśmy wtedy przy ul. Koszykowej 69, bardzo blisko Politechniki. Zgłosiłam się do dowództwa 3. Batalionu „Golski”, którego siedziba była na Wydziale Architektury. Zostałam sanitariuszką, organizowałam patrole, które zbierały rannych żołnierzy z terenów Śródmieścia Południowego i zanosiły ich do szpitali

To było trudne zadanie?

Szczególnie w późniejszym okresie, gdy już skapitulowało Stare Miasto. Żołnierze wycofywali się stamtąd Al. Jerozolimskimi, pod zbudowanymi przez nas barykadami. Trzeba było bardzo uważać, bo z dachu Banku Gospodarstwa Krajowego Niemcy strzelali z karabinów maszynowych w barykady.

Ile razy była Pani w śmiertelnym niebezpieczeństwie?

Nie liczyłam, to nie miało sensu.

Nie miała Pani nigdy wątpliwości, czy warto walczyć?

Nikt się nad tym nie zastanawiał. Zostaliśmy wychowani w duchu patriotyzmu i najważniejsze były obowiązki wobec ojczyzny. Kiedy zabierałyśmy naszych rannych chłopców z barykad, oni zawsze wołali: a gnat?! Broń była równie ważna, jak ich życie. ale to nie było tak, że myśmy się nie bali. Ja się cholernie bałam przez cały okres mojej pracy dla AK. Teraz często pojawiają się głosy, że Powstanie było bezsensowne, oczywiście z punktu widzenia politycznego i korzyści dla Polski. a ja uważam, że dopiero teraz, z perspektywy wielu lat można o tym dyskutować. z tym, że to sprawa raczej dla historyków.

No właśnie, a jak ocenia Pani edukację na ten temat? Czy ten obraz często wykorzystywany w szkołach, ukazujący Powstańców jako śpiewających piosenki wesołków, jest prawdziwy?

Dla mnie to obraza. Te wszystkie gry miejskie, podchody i przebieranie dzieci za Powstańców to skandal. w tym nie było ani krzty zabawy. To było wielkie, traumatyczne przeżycie dla wszystkich z nas i nie życzę nikomu takiego doświadczenia.

Jak wielu Pani znajomych wtedy zginęło?

Codziennie ginęło wiele osób z mojego oddziału. Pamiętam szczególnie jedną historię. Przy ul. Śniadeckich 17 był szpital polowy. Dostarczano z niego także amunicję na barykady. Kiedyś został tam wysłany 16-letni chłopak, Wojtek Frejtak. Miał pseudonim „Śpiewakowski”, bo zawsze był bardzo wesoły. Kiedy wracał, został postrzelony przez Niemców w tętnicę udową. Zanim zdążyłyśmy donieść go do szpitala, stracił dużo krwi. Umierając, całkowicie świadomy, śpiewał: „Jeszcze Polska nie zginęła”. na dodatek tego samego dnia odnalazła go matka, która przedarła się aż z podwarszawskich Włoch. Długo nie mogłam zasnąć tamtej nocy i napisałam wtedy taki wiersz:

Nie wytrzymała barykada
Pocisk roztrzaskał kamienie twarde
Pozostał na nich hełm za duży
i za młodziutkie serce harde
w za młodych dłoniach broń za ciężka
Dźwigała problem wielkiej sprawy
Tak zginął żołnierz, młodziutki żołnierz
Armii Krajowej w obronie Warszawy

A Pani bliscy?

Mój brat walczył w „Baszcie”. Któregoś dnia przedostawali się z kolegą kanałami z ul. Odolańskiej na Dworkową i on wyszedł z tego kanału prosto na Niemców. Został na miejscu rozstrzelany. To był bardzo dzielny chłopiec. Jest kawalerem Krzyża Walecznych.

Poeta Leon Buczkowski pisał o sanitariuszkach: „Dzielne to za mało! Są zawzięte i bohaterskie. Można powiedzieć, że plują śmierci w mordę. Są z noszami na najbardziej wysuniętych punktach, niemal na nosach szwabskich”. Bycie sanitariuszką wymagało większej odwagi od bycia żołnierzem?

Nie było wśród nas dzielnych i dzielniejszych. Każdy po prostu wypełniał przydzielone mu zadanie najlepiej, jak potrafił.

Kiedy przestała Pani wierzyć w zwycięstwo?

Nie było czasu na takie rozważania, po prostu walczyliśmy do utraty sił. Oni mieli lotnictwo, czołgi i karabiny, a u nas nawet nie każdy miał broń krótką. Niektórzy mieli zdobyczne karabiny maszynowe. Mimo to przetrwaliśmy tyle dni! Możliwe, że tylko dzięki doskonałej organizacji.

a jakie były Pani losy po Powstaniu?

Trafiłam do obozu w Sandbostel w Niemczech. Tam poznałam mojego przyszłego męża, lekarza wojskowego, który był więziony w oflagu w Gross-Born, a potem trafił do nas. Wyswobodziła nas 43. dywizja angielska. Po wojnie mąż wraz z innymi lekarzami-oficerami założył w miejscowości Bomlitz szpital dla polskich dipisów. UNRRA zaopatrzyła ten szpital w ubrania, lekarstwa i inne niezbędne rzeczy. Potem specjalnym pociągiem przewieźliśmy to wszystko do Polski.

Kiedy wróciła Pani do kraju?

Stosunkowo późno. Po oswobodzeniu, w Bomlitz, odnalazł mnie ojciec, który był polskim lotnikiem w Anglii i chciał mnie ze sobą zabrać. Kiedy jednak dowiedziałam się, że mój brat zginął, poczułam, że muszę wrócić, aby nie zostawiać matki samej.

Kto powiedział Pani o śmierci brata?

Nie pamiętam. Próbowałam się dowiedzieć o nim czegoś od państwa Gronkiewiczów, ich syn Wojtek, ojciec pani prezydent Gronkiewicz-Waltz, chodził z moim bratem do klasy, do gimnazjum Batorego. Kiedy do nich weszłam i zapytałam, jakiś chłopak od razu wyszedł z pokoju z dziwną miną. Dopiero później to skojarzyłam.

Po wojnie też mieszkała Pani na Koszykowej?

Nie, wyrzucili nas stamtąd komuniści.

Ma Pani nadal kontakt z ludźmi z Pani oddziału?

Tak, spotykamy się w każdy pierwszy i trzeci piątek miesiąca w siedzibie Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Szkoda tylko, że ze spotkania na spotkanie jest nas coraz mniej. My umieramy, jesteśmy już starymi ludźmi. Teraz cała nadzieja w was, młodych.