Konrad Kiljan chodzi do 67 LO im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Chce zostać nauczycielem. Prababcia od zawsze mu we wszystkim pomagała i mobilizowała go do nauki. Opisał jej historię, by się za to odwdzięczyć i sprawić, aby jej dramatyczne przeżycia nie zostały zapomniane.

Powiedział: Niedługo wrócę

– Nie było żad nych rozważań, strachu, po prostu trzeba było iść walczyć. On zrobił tak rok po ślubie, zostawiając mnie z urodzoną miesiąc wcześ niej córką. Robił swoje, a ja swoje

Helena Kiljan wspomina 1 sierpnia jako wielki wybuch radości

Ryszard mieszkał przy ul. Młocińskiej, kilkadziesiąt metrów od jej rodzinnego domu. Po ślubie w czerwcu 1943 r. nie musiała się więc daleko przeprowadzać. w czasie okupacji Ryszard pracował jako motorniczy parowozu, specjalna przepustka pozwalała mu na wychodzenie z domu po godzinie policyjnej. Mieszkali razem z matką na niewielkiej przestrzeni, ubikacja znajdowała się na podwórku, ale w tamtych czasach to była norma. Już po kilku miesiącach małżeństwa zdecydowali się na dziecko. Praca pozwalała na życie skromne, ale spokojne. Czasem mogli pozwolić sobie na jakiś luksus – Ryszard kupił nawet żonie bardzo modne ciepłe buty z filcu w góralskim stylu, elegancko zapinane. Hela niewiele wiedziała o działalności Ryszarda w AK. I tak było lepiej, bo złapana, mogłaby wydać jakąś tajemnicę. Nigdy nie mówił, gdzie idzie i po co. a ona to rozumiała. Sama do konspiracji nie należała, ale jeszcze w ciąży szyła polskie opaski. Mąż przynosił materiał, a ona siadała przy maszynie. Ile opasek powstało w tym domu? Nie potrafi dokładnie powiedzieć. Dziennie to była paczka wysoka na kilkadziesiąt centymetrów. Może zrobiła ich kilkaset, może ponad tysiąc. Być może, któraś z nich leży w gablocie w Muzeum Powstania Warszawskiego, a może wszystkie pochłonął ogień lub przykrył gruz? o tym, do kogo trafiają opaski, wiedział tylko „Pyzdra”, bo tak brzmiał pseudonim Ryszarda. Latem 1944 r. już wszyscy czuli, że wydarzy się coś niezwykłego, że stolica powstanie. Pierwszego sierpnia mąż zaprowadził ją i swoją matkę do większego mieszkania na rogu ul. Błońskiej. Tam miały zostać z ojcem Heli i jej młodszym bratem, Gieniem – 15-latkiem, który chciał dołączyć do Powstańców, jednak surowo mu tego zakazano. do swojej żony Ryszard powiedział: – Niedługo wrócę. I pewnie faktycznie w to wierzył. Nie wiedział, że zobaczą się dopiero ponad dwa miesiące później, w podwarszawskiej wsi Janów. Walczył w batalionie „Parasol” na Żoliborzu razem ze starszym bratem Heli, też Ryszardem. Gdy kiedyś leżeli w rowie, a kule świszczały im nad uszami, powiedział: – Rysiu, jeśli umrę, to pamiętaj, że tu – pokazał na kieszonkę przy pasie – mam obrączkę, zanieś ją Heli.

Worek cukru i sześć pieluch

Pierwszego sierpnia nikt nie myślał jednak o przegranej i ofiarach. Dziś Hela wspomina ten czas jako najpiękniejsze chwile w życiu. Z okien wywieszano biało-czerwone flagi, na Konarskiego powiewał wielki sztandar. Warszawiacy wierzyli, że wyzwolenie stolicy nastąpi szybko i będzie początkiem odzyskania wolności przez cały kraj. Na ulicach słychać było śpiewy, wszyscy aż skakali z radości. – A za dwa dni już po Polsce było – tak Helena kończy opowieść o chwilach entuzjazmu. Ciągły ostrzał powodował przerażający hałas. Trzeciego sierpnia zeszli do piwnic, które dotychczas służyły do przechowywania węgla i ziemniaków. Hela musiała spać na walizce, w której wyniosła trochę ubrań dla siebie i dziecka, jeden strój dla męża i album ze zdjęciami. Tylko tyle. Ludzie zapalali tanie karbidówki, by nie siedzieć w kompletnych ciemnościach. Panował nieznośny smród, coraz gorszy każdego dnia. Z zewnątrz nie dochodziły żadne wiadomości. Słychać było modlitwy, czasem cichy płacz. W dniu zejścia do piwnic nie mogła znaleźć matki Ryszarda, która przecież powinna razem z nimi się ukryć. Kobieta uciekła, aby wrócić do swojego domu. Wtedy Helena nie mogła tego pojąć, dziś patrzy na to inaczej: – Nie jest łatwo porzucić miejsce, gdzie spędziło się całe życie. Przez kilka dni działała piekarnia Salego, który rozdawał za darmo chleb. Szybko skończyła się mu mąka i trzeba było gdzie indziej szukać jedzenia. W ścianach wielu budynków wydrążono dziury, co pozwalało bratu Heli na przemieszczanie się. – Nie ma cukru dla małej – rzuciła raz Gieńkowi. Tego samego dnia wrócił z wielkim workiem, który ledwo był w stanie nieść. Wykradł go z niemieckiego magazynu. Ten zapas starczył im i sąsiadom na długi czas. Helena najbardziej martwiła się o dziecko. Bała się, że ludzi denerwować będą niemowlęce krzyki. Mała jednak nie płakała często, mimo hałasu i wstrząsów. Wystarczyło dać jej pierś i natychmiast się uspokajała, nawet jeśli jej wygłodzona mama nie miała pokarmu. Tak minęło 12 długich dni.

Dom w ogniu

Tamtej nocy Niemcy zaczęli uderzać w bramę. Coraz mocniej. W końcu ktoś ją otworzył. Chwilę później wpadli do piwnic i kazali natychmiast je opuścić, bez rzeczy osobistych. Udało się jej tylko zabrać siatkę z sześcioma pieluchami dla małej. Z ul. Błońskiej prowadzono ich na ul. Młocińską. Obie ulice dzieliła jednak barykada i spory rów. Nie było łatwo go pokonać, zwłaszcza z niemowlakiem w ramionach. Wtedy do Heli podchodzi Niemiec. – Myślałam, że mnie zabije – opowiada jakby zamyślona. – A on podał mi rękę i pomógł przejść. Widać to był dobry człowiek. Potem minęła dom, w którym spędziła z mężem rok. – Płonął – przy tych słowach pojawiają się łzy w jej oczach. Na rogu ul. Powązkowskiej oddzielono kobiety i dzieci od mężczyzn. Wybuchł płacz kobiet, które poprowadzono aż do kościoła św. Wojciecha na Woli. Nie udało się jednak wejść do środka, był już cały wypełniony. Hela z dzieckiem spędziła więc noc pod gołym niebem. Nie pamięta, jak dostała się do Pruszkowa, miejsca kolejnej selekcji. Uniknęła transportu do Niemiec, pojechała do Skierniewic. Siano w towarowych wagonach było czyste, tam jednak mała Hania płakała najbardziej. Głód był już nie do zniesienia. na miejscu po raz pierwszy od trzech tygodni wykąpała swoją córkę w drewnianej balii. Wreszcie miejscowy chłop poradził jej, by poszła do chałupy Matysiaka. jak się okazało, mówił o samym sobie. Sprytnie zauważył, że przyjmując niemowlaka, nie będzie musiał go żywić, jednak będzie mógł podać, że ma jedną osobę więcej pod swoim dachem. Po upadku Powstania Helenę odnajduje Ryszard, któremu Matysiak pozwala dołączyć do grona tymczasowych lokatorów. To było niezwykłe, bo nie wszyscy pomagali warszawiakom. Nie tyle przez złe intencje, co własną biedę. Do Warszawy wrócili w kwietniu 1945 r. I Helena, i Ryszard już nigdy nie wyprowadzili się ze stolicy. 65 lat później zapytana przez prawnuka o możliwość spisania wspomnień, zgadza się bez wahania.