anna mazur uczy się w 2 LO im. Stefana Batorego. Interesuje się psychologią i chciałaby w przyszłości zostać psychoterapeutką. Lubi książki Erica-Emmanuela Schmitta i Ryszarda Kapuścińskiego. Ten ostatni sprawił, że zainteresowała się reportażem i dziennikarstwem.

Pamiętaj o kwiatach

– Ten połóż u ciotki – mówi mama i daje mi biały kwiat, którego nie umiem nazwać. Nie jest podobny do tych, którymi zwykle ozdabia się groby

Książeczka ubezpieczeniowa cioci Stasi

– Ciocia lubiła mirty. Jeden hodowała w doniczce w pokoju. I hortensje fioletowe i białe. I prymulki też lubiła – mówi Maria Mazur, moja mama. Jest 1 listopada, Wszystkich Świętych. na grobie Stanisławy Zaciury na cmentarzu w Skrzeszewie mnóstwo hortensji i ta jedna gałązka mirtu. Ciocia Stasia to siostra pierwszej żony mojego dziadka, ojca mojej mamy. – Bardzo dbała o te rośliny, które pani Zofia miała w domu przez całą wojnę. Dbała też o porządek i szacunek dla jedzenia – opowiada mama. Ciocia do 1946 r. była w Warszawie, gdzie spędziła całą wojnę. Od lat 20. służyła u Zofii Siwickiej, którą nazywała „Panią”. Wraz ze swoją pracodawczynią i jej córką Irenką mieszkały przy ul. Wspólnej 59/5. Pani Zofia była prawdziwą damą, a jednocześnie pobożną i skromną kobietą. Miała duży wpływ na to, jaką osobą stała się ciocia Stasia, która należała do III świeckiego zakonu tercjarek. – Dużo się modliła na fioletowo-niebieskim różańcu z opali, który dostała od pani Zofii, a ona z kolei od papieża Piusa XI. Podarowała mi go później, ale zaginął, kiedy mieszkałam w internacie – przyznaje mama.

Kiepura na beczce

Po pani Siwickiej ciocia Stasia odziedziczyła jeszcze kilka pamiątek, które przechowywała do końca życia. – Miała rudo-brązową usztywnianą torebkę, która wyglądała jak walizka. Zawsze chodziła z nią na sumę do kościoła. Mnie i dwie moje młodsze siostry zabierała ze sobą – opowiada mama. W tej torbie nosiła też zakupy. – Kiedyś, to było jeszcze przed wojną, ciocia poszła po sprawunki. Na Dworcu Głównym akurat śpiewał Jan Kiepura. Postawili go na beczce, by widzowie lepiej go widzieli – przywołuje wspomnienia cioci mama. Były takie tłumy ludzi, że ciocia nie mogła się przez nie przecisnąć. I wtedy prawie zgubiła swoją torbę, co wspominała ponoć z wielkim przejęciem jeszcze kilkadziesiąt lat po wojnie. Bo to byłby wielki nietakt, zgubić prezent od swojej Pani. Torba przetrwała Powstanie, całą wojnę i w niezłej kondycji doczekała lat 90., kiedy siostra mojej mamy, robiąc porządki, nieopatrznie ją wyrzuciła.

Sosik z pyzów

Gdy zaczęła się wojna, kobiety wyprowadziły się z ul. Wspólnej i zamieszkały u znajomego pani Zofii, Antoniego Różyckiego, przy ul. Rakowieckiej 4/9. – Wojna tylko biedę przyniosła – mawiała zawsze ciocia, która w nowym miejscu, tak jak w poprzednim, gotowała i sprzątała. Czy panią Zofię łączyło coś z panem Różyckim? Podobno nie, byli tylko przyjaciółmi i dobrze im się razem mieszkało. Najcięższe chwile przeżyli podczas Powstania. Córka pani Zofii, Irena, wówczas 18-latka, tak jak wiele jej koleżanek, została łączniczką. Któregoś sierpniowego dnia ciocia gotowała pyzy, a właściwie zostawiła je na kuchni i wyszła z mieszkania. Zrobiła się z nich rzadka papka. Ale Irena i jej koledzy Powstańcy byli strasznie głodni i wszystko zjedli. – Stasiu – prosiła później Irena – ugotuj jeszcze tego sosiku, wiesz jak wszystkim smakował. Ciocia śmiała się, wspominając to zdarzenie: – No, to mi się obiad udał – mówiła. W październiku 1944 r. Irena ginie zastrzelona w Śródmieściu. Pani Zofia bardzo przeżywa śmierć córki. Wzdycha często: „Oj Stasiu, Stasiu” i modli się jeszcze częściej. – Obie mówiły do niej „Stasiu”, zawsze grzecznie i przyjaźnie. Ciocia czuła się u nich jak w rodzinie, zwłaszcza że własnej nie założyła – dodaje mama.

Zapach pomarańczy

Po śmierci córki pani Siwicka podupadła na zdrowiu i bardzo zbliżyła się do Stasi. Podarowała jej grzebień z kości słoniowej, którego ciocia używała do końca życia. – Był już pożółkły i brakowało w nim kilku zębów, ale zawsze się nim czesała i układała włosy w koczek. Chyba całe życie przechodziła w tej fryzurze – zauważa mama. I w fartuszku. Bo Stasia uwielbiała fartuszki. Ubierała się tak przez kilkanaście lat służby u pani Siwickiej i potem, kiedy już wróciła do Rudnik nad Bugiem. Po dwóch latach choroby i tęsknoty za córką, pani Zofia zmarła. W zniszczonej Powstaniem Warszawie ciężko się żyło. Stąd wzięło się przyzwyczajenie Stasi, by oszczędzać i dzielić się po równo ze wszystkimi. Ale szczególnym szacunkiem ciocia otaczała chleb. – Pan Bóg się gniewa, gdy chleb się marnuje – pouczała często mamę i jej siostry, z którymi zamieszkała w Rudnikach. Bo ciocia była bardzo religijna. Codziennie modliła się koło swojej toaletki ze starym lustrem. Po przeciwnej stronie wisiał obraz Matki Boskiej. Koło drzwi był piecyk, a obok stolik, gdzie stał krzyżyk i zwykle leżały pomarańcze. Żyły raczej biednie – trzy dziewczynki, ich mama i ciocia. Zahartowana przez Powstanie ciocia Stasia potrafiła ugotować coś z niczego. Dobrze radziła sobie w skromnych warunkach, można powiedzieć, że była do nich stworzona. Dzisiaj w miejscu jej toaletki stoi kwietnik, a w miejscu szafy – łóżko mojej siostry. Piecyka już nie ma, przestał być potrzebny.

Obrazki z życia

Stasia często wypożyczała książki przy ul. Wilczej 25. Jednej z nich nie zdążyła oddać, bo przyszedł wrzesień 1939 r. i wybuchła wojna. „Obrazki z życia Zbawiciela” opracowane przez księdza Jana Roztworowskiego to jedyna pamiątka po cioci, która przetrwała do dziś. Towarzyszyła mojej mamie przez długie lata. W domu nie miały Biblii, a ksiądz zadał pracę domową, która wymagała przeczytania fragmentu Pisma Św. Wtedy ciocia dała jej „Obrazki”. Książka zainteresowała również księdza, który zdziwił się, że uczennica poprawnie odrobiła lekcje na podstawie innego niż Biblia źródła. Mama, wówczas 12-letnia, zaniosła ją do szkoły i z dumą pokazała księdzu.

Zakazane Powstanie

– W szkole nie uczyliśmy się o Powstaniu Warszawskim – mówi mama, która chodziła do podstawówki w latach 70. Kiedy kolejny raz ciocia wspomniała o jakimś powstaniu, mama zapytała, jakie właściwie wydarzenie ma na myśli. Czuła, że ma pewną lukę w wiedzy historycznej. I to właśnie ciocia Stasia była pierwszą osobą, która opowiedziała jej o 1944 r.

***

Rano 21 maja 1981 r. ciocia powiedziała do swojej szwagierki: – Wanda, ja to chyba dzisiaj umrę. I zmarła tego właśnie dnia, z różańcem w ręku, ubrana w czysty fartuszek, z gładko zaczesanymi w koczek włosami. Zawsze religijna, cicha i skromna. – Tylko pamiętaj, żebyś mi kwiaty na grobie sadziła – powiedziała kiedyś do mojej mamy. I na jej grobie są dziś te kwiaty. Takie jak u pani Siwickiej, takie jak w pokoju w Rudnikach.