Bartłomiej Pograniczny uczy się w 2 LO im. Stefana Batorego. od 1 klasy gimnazjum redaguje gazetę szkolną. Zamierza studiować prawo, a potem pracować w prasie jako dziennikarz polityczny.

Podwórkiem na Marszałkowską

– Dobrze, że przyszliście, bo Powstanie będzie o siedemnastej

Janusz Załuska, 97-letni porucznik WP, z pasją opowiada o minionych latach

– Czuliśmy pismo nosem – wspomina Janusz Załuska, 97-letni porucznik Wojska Polskiego. W 1939 r. jako artylerzysta konny 14. DAK-u i kawalerzysta 8. Pułku Strzelców Konnych Ziemi Chełmińskiej przemierzał setki kilometrów, dziś krótki odcinek z sypialni do salonu pokonuje z trudem. Ale wciąż z pasją opowiada o minionych latach. W 1944 r. kończy 31 lat. Mieszka z żoną Krystyną w Rembertowie. Jako kierownik działu zbożowego Spółdzielni Rolniczo-Handlowej organizuje zaopatrzenie dla AK. W mieście jest potężny ośrodek konspiracyjny, ma tam swoją willę pułkownik Chruściel, więc wszyscy wiedzą, że Powstanie wybuchnie, choć nikt nie potrafi podać dokładnej daty. Do Warszawy idzie z żoną – zatrzymują się na nocleg w mieszkaniu jego mamy przy ul. ks. Skorupki 8. Naprzeciwko kamienicy znajduje się dowództwo rejonu Śródmieście Południowe. – Miałem bardzo blisko – śmieje się Janusz Załuska.

Za chwilę Powstanie

Sekcja plutonu 1110. dywizjonu „Jeleń”, do której należy Załuska, spotyka się w mieszkaniu Jana Andrzejewskiego przy ul. Mokotowskiej 8. Obaj znają się od lat gimnazjalnych. Pierwszego sierpnia Janusz i jego żona idą na miejsce zbiórki, by się dowiedzieć, kiedy zacznie się walka. W domu Jana jest tylko gospodarz, który mówi: – Dobrze, że przyszliście, bo Powstanie będzie o siedemnastej. Czekają na resztę szóstki i na gońca, który ma w odpowiednim momencie dostarczyć im broń. Według rozkazu nie wolno przechowywać jej w mieszkaniu. Około godziny 16 dociera żołnierz AK z wiadomością, że broni nie będzie, bo Niemcy zajęli budynek, w którym była ukryta. – To było dla nas całkowite zaskoczenie. Nie mogliśmy nic zrobić, po prostu czekaliśmy, co będzie dalej – wspomina Janusz Załuska.

Prosto w czoło

Punktualnie o godzinie 17 rozlegają się strzały. Z balkonu widzą, że z Pola Mokotowskiego nadchodzi natarcie niemieckie. Czołgi i piechota wkraczają na ul. Mokotowską. Ich dowódca, wachmistrz podchorąży Jerzy Ungern-Sternberg-Powicki, zwołuje naradę. Po kolei pyta, co każdy z sekcji będzie w tej sytuacji robił. Andrzejewski, jego zastępca, chce się przedostać po dachach do głównego zgrupowania. Natomiast bratanek znanego pisarza, Wańkowicz, chce przebiec przed czołgami i przejść kanałami na Żoliborz. – Był na tyle naiwny, że wydawało mu się to możliwe – opowiada Janusz. Ale ani on, ani jego żona nie mieli wówczas lepszego pomysłu. Krystyna miała drugi stopień przysposobienia wojskowego kobiet, brała udział w kampanii wrześniowej. Odpowiedziała, że też przebiegnie przed czołgami. – Zdecydowałem tak samo – wspomina porucznik. Krystyna i Janusz zaraz potem wychodzą z Wańkowiczem. Przebiegają do kamienicy stojącej naprzeciwko. W piwnicy jest ogromny ścisk. Jeden z ukrywających się tam mężczyzn zostaje wybrany, aby przez okienko w ścianie obserwował ulicę. Wszystko, co wie Janusz, to jego relacja. Niemcy wywołują mieszkańców z kamienic. Powicki wychodzi razem z innymi – ma niemieckie dokumenty z Łotwy, dlatego liczy, że będzie mógł bezpiecznie się wydostać, a w najgorszym wypadku trafi do niewoli. Oficer niemiecki podchodzi do Powickiego, ogląda jego papiery, czyta z namysłem, pokazuje przełożonemu, a ten drze je, rzuca na ziemię i strzela Powickiemu prosto w czoło.

Noc w piwnicy

– Po naszej stronie Niemcy nie palili kamienic – wspomina Janusz. Robi się spokojniej, więc razem z żoną i Wańkowiczem wychodzą z budynku. Przez szczekaczki na pl. Zbawiciela słychać ogłoszenia o stanie wojennym i zakazie opuszczania domów. – Wyszliśmy we trójkę na ten tragicznie wyglądający świat boży. Wszędzie leżały trupy – relacjonuje. Idą Jaworzyńską, wzdłuż której można się poruszać tylko piwnicami, a w każdej czeka warta powstańcza, zarządzająca ruchem. W pewnym momencie Wańkowicz się od nich odłącza. Już nigdy się nie spotkają. Janusz i Krystyna dochodzą do końca ulicy, z której można wyjść podwórkiem na Marszałkowską. Stojący tam strażnik nie przepuszcza ich, pozwala jedynie zanocować w podziemiach. Siedzą tam w kucki. Gdy 2 sierpnia wydostają się na Marszałkowską, idą wprost do mamy Janusza. W jej mieszkaniu stacjonuje część plutonu ochrony dowództwa. Tam poznają porucznika „Jastrzębca”, który upewnia ich, że naprzeciwko jest dowództwo Śródmieścia. Od razu zostają przyjęci. Major, pełniący tam służbę, szybko kończy rozmowę: – Jedyne, co możecie obecnie zrobić, to wstąpić do oddziału saperskiego. I w tym oddziale Załuskowie są do końca Powstania. Janusz jest radiestetą, pomaga w wyszukiwaniu źródeł wody. Z żoną bierze też udział w wierceniu studni głębinowych, w budowie i naprawie barykad oraz w gaszeniu pożarów, zwłaszcza po zrzutach bomb fosforowych. Krystyna zajmuje się też wypiekiem chleba dla Powstańców i ludności cywilnej, a Janusz w razie potrzeby roznosi ważne meldunki. W południowym Śródmieściu zastaje ich kapitulacja. Dla Załuski jest to wielkie przeżycie, choć zdaje sobie od dawna sprawę, że to nieuniknione.

Nowowiejską przed siebie

Wcześniej wraz z żoną zgłosili dowódcy, że w razie upadku Powstania wyjdą z miasta z ludnością cywilną. Już po wkroczeniu Sowietów mieli nie wracać do konspiracji. Jego teść w czasie Powstania przechodzi zawał, a matka zostaje przysypana gruzami i poważnie ranna. Do tego wszystkiego, Janusz nie wierzy, że podziemie długo utrzyma się wobec nowej okupacji. – Sowieci nie byli tacy naiwni jak Niemcy, więc ryzyko działania w podziemiu było zbyt duże – uważa. Niszczą dokumenty wydane przez dowództwo, bo gdyby je przy nich znaleziono, groziłaby im śmierć.

Wychodzą ulicą Śniadeckich i Nowowiejską, idą kolumną w sześć osób obok siebie. Wielu ma bandaże na ciele, choć tak naprawdę wcale nie są ranni. Janusz z żoną chce być jak najbardziej z tyłu 120-osobowej grupy, żeby łatwiej było uciec. Niemcy wywołują upatrzone osoby z pochodu i pakują je do ciężarówek jadących do Oświęcimia, wbrew układowi kapitulacyjnemu. – Stali obok nas i patrzyli ze złośliwymi uśmiechami. Nie wiem, na jakiej podstawie aresztowali ludzi. Niektórzy warszawiacy z przerażenia krzyczeli – wspomina Janusz. Na dworcu towarowym Warszawa Zachodnia ludzie są ładowani do pociągu. Ale kolumnę, w której byli Załuskowie z niewiadomych przyczyn poprowadzono dalej pieszo w kierunku Pruszkowa. Za Opaczą Janusz i Krystyna uciekają, parę osób robi to samo. Sprzyja im ciemność, mają pewnie też trochę szczęścia.

W każdym razie – udaje się.