Maria Lasek uczy się w Prywatnym Żeńskim Liceum im. Cecylii Plater-Zyberkówny. Ma wszechstronne zainteresowania. Uwielbia jazdę konną. Projekt był dla niej wspaniałym pretekstem, by spisać powstańcze losy dziadka.

Przerwane lekcje gry na fortepianie

w 1944 r. Jerzy jest zbyt mały, by móc walczyć, ale na tyle duży i świadomy, by zapamiętać okrucieństwa wojny. Przemyka się piwnicami i wykopami, by zdobywać jedzenie albo przenosić korespondencję od cywilnych władz Żoliborza

Gdy wybucha Powstanie, Jerzy Nagaj ma 12 lat

Jest 1936 r., gdy Jerzy Nagaj, mój dziadek, wraz ze swoją mamą, a więc moją prababcią, przenoszą się ze Lwowa do Warszawy. Ich nowy żoliborski adres to ul. Mierosławskiego 9. Osiem lat później Jerzy kończy naukę w szóstej klasie. Ma wtedy 12 lat. Pierwszego sierpnia 44 r. mama nie pozwala mu pójść na popołudniową lekcję gry na fortepianie do pani Rose

Szewc i jego syn

W domu, w którym mieszka Jerzy, sutereny zajmuje rodzina Majdów. Stefan Majda prowadzi tam swój zakład szewski. – Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu 1 sierpnia wyjął ze schowka na strychu przechowywany tam od 1939 r. rkm Browning wz. 1928 oraz karabin Mauser. Pamiętam moment, gdy stoję z grupą ludzi na rogu Mierosławskiego i Mickiewicza, obserwując poczynania sąsiada – wspomina Jerzy. Stefan Majda kładzie się na trawniku i kieruje karabin w stronę Dworca Gdańskiego. Jerzy wygląda zza węgła i widzi, że ulicą jedzie niemiecki motocyklista. Majda przymierza się do strzału. Naciska spust, gdy Niemiec jest już odpowiednio blisko. i nic się nie dzieje, bo długo przechowywana broń zacina się. Nie tracąc zimnej krwi, chwyta Browninga, wyskakuje na środek jezdni i krzyczy: – Halt! Halt! Niemiec nie słucha, pochyla się nad kierownicą i dodaje gazu. Majda zdąży jedynie uderzyć go karabinem w hełm i plecy. Stefana Majdę i jego syna Jerzego przyjmie w swoje szeregi Armia Krajowa. Niestety ojciec zginie w trzecim dniu Powstania, w czasie rozpoznawania terenu przed atakiem na Cytadelę. Jego syn będzie czasem przychodził do warsztatu, by szyć kabury dla kolegów Powstańców. On będzie walczyć do samego końca Powstania.

Pył biały jak mąka

Naprzeciwko domu pojawiają się każdego dnia kolejne groby. Ludzie chowani są bez trumien, w pośpiechu. Jerzy często asystuje przy pochówkach. Do dziś pamięta, jak straszne spustoszenie siały tzw. krowy bądź szafy – wyrzutnie pocisków rakietowych, którymi posługiwali się Niemcy. – Ludzie palili się żywcem. Pamiętam potworny widok zwęglonych zwłok w powyginanych pozach – mówi. Zbombardowany zostaje też dom jego rówieśnika, Stanisława Głośnickiego. Kiedy Jerzy dociera na miejsce, trwa akcja ratunkowa. Kolegę udaje się wyciągnąć spod gruzów żywego, choć oczywiście jest w ogromnym szoku. – Był tak biały od pyłu, jakby cały został posypany mąką – mówi Jerzy. Do jego mamy zgłasza się jakiś mężczyzna, przedstawiciel władz cywilnych. Pyta, czy jej syn nie mógłby dostarczać korespondencji. Dziadek robi to kilkakrotnie, dostając się wykopami pod wskazany mu adres. Mimo że działania zbrojne na Żoliborzu nie są tak intensywne jak w innych dzielnicach, życie staje się coraz trudniejsze. Trzeba przemieszczać się przez wykopy pod ulicą i przemykać się piwnicami. Pomału kończą się zapasy jedzenia. – Dziecko zwykle mniej się boi, bo nie jest tak bardzo świadome zagrożenia. Przez park i ul. Krasińskiego dostawałem się więc na działki przy ul. Promyka – wspomina Jerzy. – Byłem na tyle rozsądnym chłopakiem, że uważałem na siebie i z wielką ostrożnością czołgałem się pomiędzy rzędami okopanych ziemniaków. Któregoś razu, zbierając do worka pomidory, zauważył wielkiego, dorodnego kabaczka. Wlókł go potem za łodygę, słysząc nad sobą świst kul.

Jedna noc w pralni

Z końcem sierpnia Niemcy postanawiają ostatecznie stłumić Powstanie na Żoliborzu. Trwają bombardowania. Rodzina Nagajów szuka schronienia w piwnicznej pralni. – Niechętnie nas tam przyjęto, bo już było bardzo tłoczno. Uzgodniliśmy, że spędzimy tam tylko jedną noc. i to właśnie uratowało nam życie – opowiada Jerzy. Następnego dnia, razem z rodziną, przenosi się do piwnicy po drugiej stronie domu. w pewnej chwili uderza bomba, burząc połowę budynku. Właśnie tę, w której była pralnia. Wszyscy, którzy się tam schronili, zginęli, najprawdopodobniej od fali uderzeniowej, bo na zwłokach nie było nawet śladu krwi. – Ja miałem w ustach tak dużo pyłu, że ledwo go wykrztusiłem. Pamiętam, że babcia została wtedy ranna i zaraz zaczął się chaos. Wszyscy zawodzili i szukali swoich bliskich – relacjonuje. Po tym zdarzeniu rodzina Jerzego postanawia schronić się w Forcie Sokolnickiego, na terenie parku Żeromskiego. w czasie Powstania był tam szpital wojskowy. Najpierw Nagajowie schodzą do części podziemnej. – Naszym oczom ukazały się okropne sceny. Przebywała tam biedota, która zamieszkiwała przedtem baraki przy Dworcu Gdańskim, spalone już na początku sierpnia. Wyszedł nam naprzeciw pijany, półnagi mężczyzna i krzyczał: „To wy, inteligencja, taka wasza mać, Powstania wam się zachciało?!” – przypomina sobie Jerzy. Jego rodzina ucieka do części naziemnej, gdzie pozostają aż do kapitulacji.

Wagonami towarowymi do Starachowic

– Po wypędzeniu z Fortu zboczyliśmy z drogi i wślizgnęliśmy się do naszego mieszkania. Było zdewastowane. z piwnic dochodziły jakieś jęki. Nikt nie był jednak w stanie tam zejść i komukolwiek pomagać – wspomina Jerzy. Szukają noclegu w sąsiedniej kamienicy, gdzie jest przestronna, umocniona na wypadek bombardowania piwnica. Zastają zaścielone łóżka i postanawiają spędzić tam jedną noc. Kładąc się spać, słyszą czyjś głos, dochodzący z najdalej stojącego posłania. Leży tam staruszka, którą zostawiła rodzina, obiecując, że po nią wróci. Następnego dnia Nagajowie wychodzą na ulicę i wraz z ostatnimi uciekinierami, zostają zapędzeni przez Niemców do baraków przy ul. Powązkowskiej. – Na drugi dzień, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, podstawili nam wojskowe furmanki, którymi pojechaliśmy do Dworca Zachodniego. Stamtąd już wagonami towarowymi zawieziono nas do Pruszkowa – relacjonuje Jerzy. z Pruszkowa ludzie zdolni do pracy mieli być wywiezieni na roboty do Rzeszy. Mama Jerzego, który jest drobnej postury, bierze go na ręce. Wygląda, jakby był znacznie młodszy i dzięki temu wszyscy, wraz z dziadkami, trafiają do wagonu towarowego, który zawiezie ich do Starachowic. Tam doczekają wyzwolenia. w kwietniu 1945 r. wrócą do Warszawy, do swego na wpół zrujnowanego domu.