Zofia Kilian uczy się w 34 LO im. Miguela de Cervantesa, w oddziale dwujęzycznym z wykładowym hiszpańskim. Uwielbia naukę języków obcych i lubi szyć, ale jej pasją jest teatr. Skończyła Państwową Szkołę Muzyczną im. Karola Kurpińskiego w klasie skrzypiec.
Aleksandra Kita chodzi do klasy matematyczno-biologiczno-chemicznej w 9 LO im. Klementyny Hoffmanowej. W przyszłości chciałaby zostać stomatologiem albo zająć się socjologią czy PR-em. Bohater tekstu jest jej sąsiadem – wiedziała, że był w Szarych Szeregach, i chciała poznać jego historię.

Jak rozkaz, to rozkaz

– Nie chcę, żeby zabrzmiało, że jestem bohaterem

12-letni Eugeniusz w czasie Powstania obserwował Niemców i przekazywał meldunki

– Młodzi w dzisiejszych czasach są o wiele mniej dojrzali niż kiedyś – mówi Eugeniusz Wlaź, w czasie Powstania łącznik i członek Szarych Szeregów. – Wojna zmusiła nas do szybszego dorastania. Dzieciństwo nam wróciło po wojnie – wspomina, jak po 1945 r. wyciągnął stare, ołowiane żołnierzyki, którymi podczas okupacji nie miał okazji się bawić.

Parę lat dodanych

Jest 1943 r., gdy wstępuje do Szarych Szeregów. Ma dopiero 11 lat. – Wszedłem trochę sposobem, bo byłem za mały. Wszyscy myśleli, że jestem starszy, trochę lat sobie dodałem. A gdy złożyłem przysięgę, było już za późno – śmieje się. Należy do Zawiszaków. Jest to kontynuacja przedwojennego Związku Harcerstwa Polskiego. Chłopcy zdobywają sprawności, wspólnie się bawią. Z początku ma to charakter czysto harcerski, dopiero po pewnym czasie nabiera zabarwienia patriotycznego. Dowództwo Szarych Szeregów zastanawia się, czy dopuścić najmłodszych do udziału w działalności konspiracyjnej. Po długim namyśle wyraża zgodę, by chłopcy byli przygotowywani na różne ewentualności, a także pełnili funkcję łączników. Eugeniusz mieszka z babcią na Bielanach. Jego ojciec w pierwszych miesiącach wojny został aresztowany i wywieziony do Oświęcimia, gdzie zginął. Matka, by utrzymać rodzinę, pracuje w Śródmieściu i nie ma czasu na opiekę nad synem. Eugeniusz jako łącznik jeździ po Bielanach i Żoliborzu, przekazując informacje o Godzinie „W”. Kiedy nadchodzi długo oczekiwana chwila, jest przy formowaniu drużyn. Bardzo chce walczyć z Niemcami, jednak dorośli szybko go zbywają. – Żebym się nie rozpłakał, powiedzieli: „Idź do domu, jak opanujemy Bielany, to do nas dołączysz” – wspomina. I dodaje: – Bielan nie opanowano nigdy. Mogłem tak czekać w nieskończoność.

Pseudonim „Gabi”

Wszyscy koledzy Eugeniusza chcą być żołnierzami, każdy ma jakiś pseudonim. Niby jest konspiracja, ale przecież się znają, bo przed Powstaniem chodzili razem do szkoły, mieszkali po sąsiedzku. Najpierw sięgali po nazwy zwierząt. – Już nawet nie pamiętam, ale w harcerstwie chyba byłem „Lampartem” – wspomina. Pseudonim Eugeniusza z czasów Powstania wiąże się z 16-letnim Gabrielem Sójko, czyli „Gandhim”, który był jego kuzynem. – To jego słowo było dla mnie najważniejsze, a nie matki, nie babci – zarzeka się Eugeniusz. „Gandhi” zginął pierwszego dnia Powstania i dla 12-latka był to ogromy cios. – Przyjąłem pseudonim „Gabi”, od Gabriela, właśnie ze względu na pamięć o kuzynie – wyjaśnia.

Czekolada w nagrodę

Starsi chłopcy mają wśród nastoletnich dziewcząt swoje sympatie. On też jedną dziewczynę bardzo lubi. Pomimo że jest od niej parę lat młodszy, traktuje go z szacunkiem, nie wywyższa się. Jest sanitariuszką. Gdy prosi ją o jakiś kontakt, bo chce pomagać w Powstaniu, daje mu namiary na punkt łączności między Puszczą Kampinoską a Żoliborzem. Idzie tam wraz z zaufanymi kolegami z harcerstwa. – Pięciu chłopaczków się nas zebrało i mówimy, że chcemy do Powstania – przypomina sobie. Kobieta, którą tam spotkali, powiedziała, że przyjmują tylko ludzi z bronią. Chłopcy przyznali, że wprawdzie pistoletów nie mają, ale granat owszem i za parę dni mogą wrócić z bronią palną. Ich rozmówczyni wystraszona, że spróbują zdobyć broń, robiąc zamach na Niemców, którzy po takim akcie z pewnością mściliby się na mieszkańcach Warszawy, wyprowadza ich do Puszczy. Baza znajduje się w Laskach. Szefową ich grupy, złożonej z paru chłopców i kilku starszych dziewcząt, jest – jak wspomina Eugeniusz – bardzo dzielna kobieta o pseudonimie „Sowa”. W bazie, jak na warunki powstańcze, jest wygodnie. Śpią na sianie, dokarmiają ich siostry z pobliskiego zakładu dla niewidomych. Ich zadania są z pozoru łatwe: obserwacja Niemców, przekazywanie meldunków. Jednak gdyby grupę zdemaskowano, wszyscy przypłaciliby to życiem. Pewnie dlatego z pięciu kolegów zostało dwóch – on i jego przyjaciel. Trzech pozostałych, w obawie o bezpieczeństwo, rodzice nie wypuścili z domu, gdy ci wpadli w odwiedziny. Są szkoleni, wiedzą wszystko o Niemcach oraz broni. Gdy przechodzą obok stanowisk niemieckich, starają się zapamiętać wszystkie szczegóły dotyczące liczebności i uzbrojenia przeciwnika. Gdyby przy niemieckich stanowiskach kręcili się dorośli, mogłoby to wyglądać podejrzanie. Jednak dzieci nikt nie posądzi o zbieranie informacji. Następnie składają meldunki. Dzięki takim danym wojskom alianckim udaje się zniszczyć niemieckie stanowisko. – W nagrodę dostaliśmy czekoladę – przypomina sobie.

Zwykły przypadek

Eugeniusz trafia na kartki książki „Zwiadowcy z Szarych Szeregów”. Jej autorem jest Józef Krzyczkowski, pseudonim „Szymon”, dowódca grupy „Kampinos”. Jednak, jak twierdzi Eugeniusz, tylko przypadkiem zrobiło się o nim głośno. – Krzyczkowski leżał w szpitalu w Laskach. Z kolegą o tym nie wiedzieliśmy i za głośno zachowywaliśmy się pod jego oknem. Dowódca spytał pielęgniarkę, kto tak hałasuje, a ona odparła: „pańskie wojsko”. I tak się o nas dowiedział – wspomina z uśmiechem na twarzy. Już po wojnie Krzyczkowskiemu bardzo zależało, by jak najwięcej mówiło się o Powstaniu Warszawskim. Organizował spotkania w szkołach, prelekcje, dyskusje. Często dzwonił do biura, w którym pracował Eugeniusz, a gdy go nie było, przekazywał informację do zanotowania jego kolegom. – Gdy na biurku znajdowałem małą żółtą karteczkę z napisem Godzina „W”, wiedziałem, że muszę szybko oddzwonić, bo chodzi o jakieś spotkanie – wspomina. I dodaje: – A kiedy mówiłem, że nie mogę, nie mam czasu, on odpowiadał, że chyba żartuję. Nie było więc rady. Jak rozkaz, to rozkaz.