Anna Gabriela Peszkowska jest uczennicą 2 LO im. Stefana Batorego i harcerką 145 WDH-ek WIOSNA im. mjr T.Z. Sychowskiej. Pisze teksty i je publikuje. Lubi podróże. Uwielbia książki Marcusa Zusaka. Skrycie uważa, że jeśli każdy człowiek ma swój kawałek nieba, to jej musi być wyjątkowo niebieski.

ŚmiałaŚmieszna

bo w walce najważniejsze jest to, żeby się śmiać

14-letnia Wanda w 1941 r. miała jeszcze piękny, gruby warkocz

Nie miałam specjalnych względów dlatego, że  byłam dziewczyną, ale dlatego, że uważali mnie za śmieszną. Asekurowali mnie, ale asekurowaliby też każdego chłopca, który byłby śmieszny – wspomina Wanda Stawska. Kiedy zaczyna się Powstanie, Wanda ma 17 lat i jest harcerką. Wesoła, pogodna – tak widzą ją
przyjaciele. Ciężkie wojenne przeżycia odreagowuje śmiechem.

Służba

– W pewnym sensie udawałam chłopca. Byłam żołnierzem, pełniłam służbę taką, jak koledzy. Nawet mundur i broń miałam taką jak oni – wyjaśnia. Przed Powstaniem Wanda ścina włosy. Wychodząc na wojnę, zostawia w domu dwie młodsze siostry, którymi opiekuje się od śmierci matki. Od początku chce walczyć i strzelać z chłopakami. Ma odpowiednie przeszkolenie, umie posługiwać się bronią, rzucać granatami. Jedno z jej konspiracyjnych zadań polega na  dostarczaniu Polakom i Niemcom znęcającym się nad Żydami i Polakami zawiadomień o grożącym im wyroku śmierci. Na Godzinę „W” dostaje przydział jako łączniczka Aleksandra Kamińskiego „Huberta”, ale nie podoba jej się to, co robi. Cały czas myśli, by coś zmienić, przyspieszyć bieg wydarzeń. Martwi się też o swoje siostry. Szybko dowiaduje się, że w oddziale osłonowym wojskowych zakładów wydawniczych potrzebują łącznika, który przebiegnie z meldunkiem do kwatery gen. Antoniego Chruściela „Montera” mieszczącej się na pl. Dąbrowskiego. Biegnie, ale stawia warunek, że jeśli się jej uda, zostanie przyjęta. Ma szczęście – bez problemów odbiera odpowiedź.

Strzały

– Nie wiem, czy trafiałam, czy nie. Strzelałam z kolegami, nie wiadomo, kto trafiał. Każdy żołnierz, zabijając, rani także siebie – ocenia po latach. Zostaje strzelcem-łączniczką, jedyną kobietą w oddziale na stanowisku żołnierza. Mają zasadę „jeden strzał, jeden Niemiec”. Jak ktoś dostaje, to śmiertelnie. Wanda wspomina, że mieli dużo broni, ale brakowało amunicji. Broń z ogniem ciągłym „marnowała” cenne naboje, trzeba było ją wymieniać. Żołnierz może powiedzieć tylko tyle, ile przeżywa – wykonuje rozkazy, a nie zna tajemnic. Wanda ma dylematy i wątpliwości.

Sympatie

– Chłopcy kochali się w Baśce z warkoczami. We mnie nikt się nie kochał. Traktowali mnie jak kolegę, dziecko, żołnierza, ale nie dziewczynę – przyznaje. W oddziale nadają jej pseudonim „Pączek”, chociaż nie jest gruba. Ma tylko pucułowate policzki. Koledzy trzymają z nią sztamę, traktują na równych prawach, ale żaden jej nie podrywa. Raz dostaje rozkaz, by pilnować podczas akcji przydzielonego do ich plutonu niemieckiego żandarma Janka Wilhelma, który udowodnił na przesłuchaniu, że jest Polakiem ze Śląska, wcielonym do armii niemieckiej siłą. Jeśli zacznie uciekać – strzelać i zabić. Nie ufają mu. Akcja ma na celu odbicie sklepu Meinla, znajdującego się na rogu Al. Jerozolimskich i Brackiej, bo potrzebna jest żywność dla szpitali. Chłopcy robią dziurę w murze i skaczą od tyłu na dziedziniec. Wanda, skacząc za Jankiem, wpada na leżącego pod murem trupa. Ciało jest zupełnie spuchnięte, wszędzie leje się krew. Dziewczyna pędzi do najbliższego budynku, żeby się umyć. Zdezorientowana nieświadomie wbiega do piwnic niemieckiego sklepu. Niemcy zaczynają strzelać. – Dostałam taki ogień, że wcisnęło mnie w ścianę – wspomina. Na szczęście Janek zawraca i biegnie za nią. – Miał na mnie cały czas oko. Wyjął mi zza pasa granaty i rzucił – wyjaśnia. Niemcy uciekają, zostawiając magazyny pełne alkoholi, szynek i czekolady. Po tym zdarzeniu Janek zostaje zastępcą dowódcy. Okazuje się najlepszym żołnierzem, wszyscy go słuchają. Chłopak wie, co robi – zna sygnalizację niemiecką, metody walki. Pilnuje dyscypliny, czyszczenia broni. Krzyczy na nich: „Wojsko królowej Jadwigi!”, a oni darzą go zaufaniem. Dzięki niemu ich pluton ponosi najmniejsze straty.

Samotność

– O sobie żeśmy nie mówili. Nie było atmosfery. Nikt nikomu nic nie opowiadał. Instynktownie nie chcieliśmy nic opowiadać, bo się człowiek wtedy rozklejał. A oddział był w walce – wyjaśnia. Ale Andrzej Taczanowski, kolega Wandy, jest inny. Piegowaty, z niebieskimi oczami i odstającymi uszami, siada i godzinami o sobie mówi. Potrafi budzić Wandę i zmuszać do słuchania o swoich przygodach. Rozpętała się z tego powodu raz porządna awantura, bo dziewczyna, chcąc uniknąć jego towarzystwa, chowa się do szafy i nawet jej oddział nie może jej znaleźć. – Miałam po prostu dosyć Andrzeja – tłumaczy później.

Skok

Andrzej nosi okulary. Ich stan po kilku dniach walki jest opłakany. – Pierwsze przebicie do Starówki, a ja musiałam wziąć go za rękę, bo nic nie widział – dodaje. Przebiegają Krochmalną i kryją się w gruzach. Czas nagli. Trzeba dalej biec Żelazną w stronę Chłodnej. Andrzej trochę zwleka. Ktoś drwi, że się boi, wtedy chłopak wyskakuje z gruzów pierwszy. Za nim biegnie Wanda i inni koledzy. Nagle przed Andrzejem wybucha pocisk, raniąc chłopców. Andrzej umiera. I tylko Wandzie znowu nic się nie stanie.

Śmierć

– Byliśmy zaznajomieni ze śmiercią. Najgorzej działo się rannym, pod koniec Powstania nie było środków znieczulających. Mówi się o bohaterstwie, a nie mówi się o cierpieniu. Cierpieć krótko to szczęście – uważa. Po Powstaniu Wanda trafia do obozu jenieckiego w Oberlangen, oswobodzonego 12 kwietnia 1945 r. dzięki Dywizji gen. Maczka. Następnie wyjeżdża razem z niewielką grupą dziewcząt z Armii Krajowej do Szkoły Młodszych Ochotniczek w Nazarecie. W czasie świąt Bożego Narodzenia szkoła organizuje dla dziewcząt wycieczkę po Ziemi Świętej. Jeden z noclegów wypada w Ain Karem niedaleko Jerozolimy. Wanda spotyka tam kobietę bardzo podobną do Andrzeja – jak się okazuje, jego matkę. Na jej widok płacze. Kobieta długo nic nie mówi. Pyta tylko, gdzie jest pochowany Andrzej i jakie były jego losy. Zadaje pytania, na które Wanda może odpowiedzieć bez rozpaczy. – Podczas Powstania każdy bardzo indywidualnie przeżywał śmierć swoich przyjaciół, ale nie mówiliśmy o tym. Nie było czasu na rozmyślania – mówi.

Sacrum

– Był taki chłopak, Czesław Polej, który modlił się po każdej walce – opowiada. Gdy cały oddział wyczerpany wielogodzinnym wysiłkiem pada z nóg, on – wysoki i barczysty – klęka, dziękując Bogu za opiekę. Nie wstydzi się swojej religijności, chociaż do pasa od munduru ma przypiętą jedynie lalkę i niewielką trąbkę. To są jego „talizmany”.

Sens

– Powstanie było moim najpiękniejszym, a zarazem najstraszniejszym przeżyciem, ale gdyby Niemcy znów okupowali Polskę w tak okrutny sposób i byłaby szansa, że Powstanie przyniesie jej wolność, walczyłabym w nim jeszcze raz, chociaż mam teraz 83 lata – zapewnia.