Natalia Zabielska jest uczennicą 8 LO im. Władysława IV. Pochodzi z Pułtuska. Od dzieciństwa marzy o tym, by zostać aktorką teatralną. Uwielbia śpiewać i malować obrazy. Chciałaby spędzić karnawał w Rio de Janeiro albo polecieć do Australii, by ponurkować wśród raf koralowych. Jest wesoła, koleżeńska i bardzo uparta.
Agnieszka Gwiazdowicz uczy się w 8 LO im. Władysława IV. Uwielbia podróżować, jej pasją jest fotografia, a w przyszłości chce odkrywać dzikie zakątki świata. Wzięła udział w warsztatach, ponieważ interesuje się historią II wojny światowej i Powstaniem Warszawskim.

Tragiczny sierpień „Klary”

– Ulica Pańska paliła się po obu stronach, a ja pilnowałam sukienki, tak by ogień mnie nie dosięgnął

„Klarze” w 1944 r. nawet nie przyszło do głowy, że może zginąć

– Miałam wtedy 15 lat i w ogóle sobie nie wyobrażałam, że mogę zginąć – mówi Jolanta Zawadzka-Kolczyńska pseudonim, „Klara”, łączniczka zgrupowania „Chrobry II” 6. kompanii „Jeremiego” w Śródmieściu. – Nawet nie przyszło mi to do głowy. Gdy 1 sierpnia wychodzi z domu, nie spodziewa się tego, co nastąpi. – Nagle słyszę strzały, widzę, jak ludzie na Marszałkowskiej biegną i zaczynają chować się po bramach – opowiada. Zaskoczeni są też Niemcy, którzy uciekają samochodami z centrum miasta. Razem z koleżanką dołącza do kompanii. Przez całe Powstanie będą trzymać się razem. Jej powstańczy pseudonim wiąże się z postacią nauczycielki angielskiego, która w czasie wojny dbała o jej edukację. Choć nie lubi tego imienia, myśli o tym, jak cudownie pani Klara Jastroch uczyła ją przez te kilka lat. – No i okazało się, że była  szpiegiem angielskim. Po wojnie dowiedziałam się, że od królowej dostała najwyższe brytyjskie odznaczenie – mówi z podziwem.

Żołnierzem zostanę do końca

– Miał pseudonim „Pestka” – wspomina z czułością pewnego 9-latka. – Przyszedł do naszego dowódcy trzeciego albo piątego dnia Powstania. No i mówi, że chce walczyć, że niczego się nie boi i że będzie posłuszny. Najbardziej utkwiły jej w pamięci słowa „Pestki”, gdy jego mama przybiegła do dowódcy, wołając: – Panie poruczniku, wszyscy moi chłopcy już poszli, on jest najmłodszy, niech go pan puści. Syn odpowiedział: – Mamo, ja złożyłem przysięgę, jestem żołnierzem, zostanę tu do końca! Przypomina sobie też akcję, podczas której „Pestka” udowodnił swoją wyjątkową odwagę. Podczas zrzutów na pl. Grzybowskim spadochron zaplątał się w gałęziach drzew. – Nie. Nie idź tam – wydał rozkaz dowódca „Jeremi”. – Ja pójdę, bo ja jestem mały, to się przecisnę – zaproponował „Pestka”. – Podczołgam się po ziemi, odkręcę te liny i zobaczymy, co jest w tych zrzuconych pojemnikach. – Nie, Niemcy tylko na to czekają, żeby puścić serię – zaprotestował porucznik. Ale „Pestka” nie posłuchał i gdy się ściemniło, zaczął się czołgać pod te drzewa. Gdy miał już w ręku linki, drzewo się rozkołysało i Niemcy zaczęli strzelać. Chłopiec, choć ranny, linek nie puścił. I trzymał je nawet, jak go ściągali za nogi. – To bardzo bohaterski chłopiec – powtarza „Klara”. I wspomina, że któregoś dnia przyszedł do niej i powiedział: – Jesteś trochę starsza, to nie będę mówił do ciebie „ty”, ale mogę mówić „ciociu”. Chcesz? Oczywiście się zgodziła.

 A dziś „Pestka” sam jest emerytem – śmieje się Jolanta.

Kolorowe szkiełka  Paście

– Dostaliśmy rozkaz, by pomóc zgrupowaniu „Kiliński” zdobyć PAST-ę. Podeszliśmy pod ten olbrzymi budynek. Wspinając się kręconymi schodami, pokonywaliśmy kolejne piętra – opowiada. Przed nimi szedł bardzo miły chłopiec, którego nazwiska nie znali. Powiedział im, że w budynku nie ma Niemców. – Ale okazało się, że za filarem była cała grupa. Taką serię puścili, że zabili go na naszych oczach. Wnętrzności mu rozpruło, a ja przecież wcześniej nie widziałam martwego człowieka – wspomina z przerażeniem. I dodaje z bólem w głosie: – Do końca życia będę to pamiętała. Rozmawiał z nami, minęła sekunda i już go nie było. Tę akcję przypomina jej też pewna cenna pamiątka. Znalazła w budynku kolorowe szkiełka, na których są obrazki przedstawiające różne niemieckie miasta.

– Mam je do tej pory. To chyba mój amulet – zamyśla się.

Meldunek dla „Bora”

W czasie Powstania „Klara” miała zaszczyt spotkać samego dowódcę Powstania. – Miałyśmy rozkaz przejść przez Al. Jerozolimskie z meldunkiem dla Tadeusza „Bora” Komorowskiego – wspomina. Wszystkie informacje musiały zapamiętywać, nie wolno było mieć przy sobie żadnej kartki. Uczyły się ich na pamięć, jak wierszy. „Bór” Komorowski był wtedy na ul. Mokotowskiej, przy pl. Trzech Krzyży. – Po drodze nas zasypało. Bomba trafiła w komin i leżałyśmy pod gruzami w piwnicy. Ledwo udało się nas wyciągnąć. Jak dotarłyśmy na miejsce, kazali się nam umyć, bo – jak powiedzieli – tak brudne do dowódcy nie wejdziemy. Byłyśmy całe w smole – wspomina ze śmiechem. Kiedy wracała, przy rogu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich wybuchł pocisk rozpryskowy dum-dum. – Zostawił mi w kolanie mnóstwo drobniutkich odłamków. Zabrali mnie do punktu sanitarnego, gdzie wciąż krzyczałam: „Muszę iść do dowódcy!” – wspomina. Nie czuła bólu. Bardziej martwiła się, że powinna jak najszybciej wrócić do porucznika i przekazać ważną wiadomość.

Słodka nagroda

Największego strachu doświadczyła, gdy musiała w pojedynkę przenieść meldunek. – Nasi koledzy stali w bramie i nasłuchiwali, co ci Niemcy wyprawiają – zaczyna opowieść. – Wezwali łącznika i zaalarmowali, że Niemcy się nawołują i prawdopodobnie nas zaatakują. Dostałam więc rozkaz, by pobiec z meldunkiem na ul. Wielką, do grupy naszych ludzi, bo sami nie dalibyśmy rady się obronić. Więc pobiegła. – Ulica Pańska paliła się po obu stronach, a ja trzymałam sukienkę tak, by ogień mnie nie dosięgnął. Strasznie się bałam, bo cały czas mi się wydawało, że Niemcy gdzieś siedzą – wspomina. Zapamiętała, że widok palących się murów był wielkim przeżyciem. – Szłam niby środkiem ulicy, ale ona była cała zawalona. Czułam się zagrożona ze wszystkich stron – dodaje. Później okazało się, że kolega niepotrzebnie wszczął cały ten alarm. Strasznie ją przepraszał, bo naraził jej życie. – Pamiętam, że przyniósł mi wtedy garść cukierków, których zupełnie nie można było zdobyć – uśmiecha się Jolanta.