Kamila Marciniak uczy się w 67 LO im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Chętnie spędza czas pod żaglami, szusując na nartach lub jeżdżąc konno. Od dzieciństwa lubi czytać książki, interesuje ją też fotografia.

Warszawa jak kipiące mleko

O tym, jak pamięć o wydarzeniach 1944 r. przetrwała w jej rodzinie, opowiada Katarzyna Porembska, polonistka i moja sąsiadka z Brwinowa.

Największym przeżyciem dla ojca Katarzyny Porembskiej było oddanie broni po Powstaniu

Jak Pani rodzina zapamiętała Powstanie?

Właściwie był to rodzaj kultu. A może ja to nazywam „kultem” z dzisiejszej perspektywy? Bo tak generalnie to się o tym mało mówiło, tylko przy jakichś okazjach. To były takie dziwne rozmowy, pytania zamierały, zanim zostały wypowiedziane, opowieści się urywały. Znam więc strzępy, tylko strzępy o czasach Powstania. W PRL-u był to temat zakazany. Kult był więc pewną opozycją domu wobec szkoły. Ale nastawienie do tamtych wydarzeń też było nieco inne. Świętowano datę zdobycia Warszawy, koniec wojny, a Powstanie było taką datą…

…którą lepiej przemilczeć?

Tak. W czasach mojego dzieciństwa było zupełnie naturalne, że kiedy 1 sierpnia wyły syreny, ludzie się zatrzymywali. Dzisiaj przeprowadza się całe akcje, żeby ktoś te syreny zauważył. Bo teraz już się o tym aż tak nie pamięta. A kiedy ja byłam dzieckiem czy panienką młodą, to wśród warszawiaków była żywa pamięć o wydarzeniach z 1944 r. Każdy miał kogoś, kto się o Powstanie otarł.

Zna Pani historię swojego warszawskiego mieszkania?

Mieszkałam naprzeciwko tzw. Reduty Wawelskiej na Ochocie. W moim domu byli Niemcy, którzy strzelali do Powstańców. Tak się składa, że dowódcą jednego z oddziałów był późniejszy przyjaciel mojego ojca. Koledzy zarzucali mu, że chroni swojego brata. Więc posłał go na kolejną akcję i ten zginął. Wiele razy przypominałam sobie o tym, kiedy przychodził do nas w odwiedziny. Przecież za każdym razem musiał myśleć,  oto naprzeciwko jest dom, w którym zginął jego brat.

A jak mieszkało się w powojennej Warszawie? Czy mimo zburzenia miasta zostały ślady po Powstaniu?

Okna mojego pokoju wychodziły na ulicę, na której było miejsce straceń i gdzie w czasie Powstania Niemcy rozstrzelali kilkadziesiąt osób. Często widywałam też drugie takie miejsce – bazar przy hali Banacha, dawniej nazywany Zieleniakiem. Tam Niemcy spędzili warszawiaków po upadku Powstania i działy się straszne rzeczy – morderstwa, gwałty. I to był mój bazar, na który się chodziło po zakupy. Kiedy byłam w szkole podstawowej, po raz pierwszy remontowano mój dom. Do tego czasu na ścianach były ślady kul, a w piwnicy słynny napis: „Min niet”, który Rosjanie już po wojnie umieścili. To było takie  właśnie tu coś ważnego się działo. Takie to było wkomponowane w codzienność.

Jakie były powstańcze losy Pani rodziny?

Nasza historia jest całkiem zwyczajna, nie ma w niej żadnych bohaterskich momentów. Ojciec przystąpił do konspiracji, do AK. To było takie normalne. Opowiadał, że gdyby mieszkał na wsi, prawdopodobnie by się znalazł w Batalionach Chłopskich. Wiedział, że Powstanie wybuchnie i choć Godzina „W” była utrzymywana w tajemnicy, oboje rodzice czuli, że za chwilę coś w tej Warszawie eksploduje. Była jak kipiące mleko.

Wspominała Pani o strzępach informacji z tego czasu. Jakie historie usłyszała Pani od rodziców?

Ojciec wspominał, jak na Żoliborzu wydobywali z kanałów grupę Powstańców, którzy się ewakuowali ze Starego Miasta. Wyciągał rękę, by pomóc im w wydostaniu się na powierzchnię i nie wiedział – chłopak czy dziewczyna? Tacy byli oblepieni, śmierdzący strasznie. Mówił też, jak warszawiacy byli bezradni. Do Powstania zagrzewali przecież też Rosjanie, którzy teraz stali za Wisłą. Radiostacja „Kościuszko” nadawała komunikaty: „Ludu Warszawy, powstań do broni!”. Liczyli więc na jakąś pomoc. Nierzadko ze strony praskiej przeprawiali się żołnierze, ale Niemcy strzelali do nich, jak do kaczek. Z drugiej strony alianci. Zrzuty były tak zorganizowane, że warszawiacy widzieli, jak lecą na stronę niemiecką. Czasem część broni spadała na ich stronę, a zapalniki na stronę niemiecką. Radio wspierało ich, jak mówił ojciec zgryźliwie, chorałem gregoriańskim. Takie to było bum, bum, bum, tu mówi Londyn, a potem ten chorał leciał i to ich do pasji doprowadzało.

Jaki stosunek do Powstańców miała ludność cywilna?

W pierwszych dniach ludzie biegali do nich, dawali, co kto miał – trochę mąki, trochę jabłek, wszyscy zachwyceni. Pomagali im budować barykady. Pod koniec ludzie tylko klęli: Wojenki się zachciało. Albo: Panom oficerom się chce wojować. Więc Powstańcy, jak zbite psy, tylko przemykali piwnicami.

Czy jakieś wydarzenie szczególnie pamięć Pani ojca?

Kiedyś mi powiedział, że dla niego największym przeżyciem było oddanie broni po Powstaniu. Rzucali ją na stos i odchodzili. Nie bardzo wiedzieli, co ci Niemcy z nimi zrobią. Niby była podpisana konwencja, że będą traktowani jak jeńcy wojenni, ale równie dobrze Niemcy mogli się do tego nie stosować. Jakiś kolega ojca nie rzucił broni i znaleźli ją przy nim chwilę później. Odprowadzili go na bok i rozwalili. Ojciec był bardzo przejęty, jak mi to opowiadał, to było dla niego wciąż żywe wspomnienie.

Coś jeszcze równie mocno odcisnęło się w jego pamięci?

Gdzieś we wrześniu ojciec i jego brat, bo cały czas był z bratem, zostali uderzeni bombą. Brzmi to dziwnie, ale tak było. Ojciec ocknął się w leju i zobaczył swojego nieprzytomnego brata. Wyciągnął go stamtąd, jakaś sanitariuszka mu pomogła, stryjek znalazł się w szpitalu powstańczym. Był ciężko ranny, ale okazało się, że będzie żył. I wtedy następuje kapitulacja. Ojciec zostawia brata, wiedząc doskonale, że Niemcy często zabijają rannych. Także dlatego to wyjście z Warszawy było dla niego takie potworne. Natomiast zdarzyło się coś, o czym ojciec nie wiedział. Niemcy co jakiś czas urządzali pokazówki, sprowadzali Czerwony Krzyż, aby udowodnić, jak dobrze traktują rannych. Pod okiem kamer wynieśli ich wszystkich do sanitarek. W ten sposób mój stryj trafił do szpitala w Tworkach.