Mikołaj Adamczuk uczy się w 25 Społecznym LO im. Marzenny Okońskiej. Lubi robić zdjęcia i pisać, lubi też stary, jugosłowiański rock i zapach starych książek. a ze starych książek najbardziej lubi Tyrmanda. Woli stare autobusy i tramwaje od nowych. z uporem maniaka ciągle kupuje (może nawet kolekcjonuje) płyty CD.

Warszawa jest wielka

„Paweł” to mój pradziadek. Po Powstaniu prowadził dziennik i spisywał prognozę pogody. Nie lubił hałasu, bałaganu. Obracał się w świecie cyferek i tabel. A podczas Powstania – codziennie ryzykował życie

Skrzynia. Spora, drewniana. Trochę przykurzona. Stara. Najpierw stała na strychu u mojego pradziadka, wtedy do niej nie zajrzałem. Gdy zmarł, znalazła się w domu dziadków. Otworzyłem ją niedawno. Wewnątrz – zeszyt z zapiskami. Zaczynam przerzucać strony… prognoza pogody sprzed niemal 20 lat. Drobne litery, z trudem je odczytuję. na następnych kartkach – również pogoda. Pradziadek całe życie spisywał dane o zachmurzeniu i opadach na dzień następny, pod koniec życia najważniejszym punktem jego dnia była wieczorna prognoza w telewizyjnej Jedynce. Urodził się w latach 20. Wkrótce po wojnie zatrudnił się w urzędzie skarbowym w Sierpcu. Aż do emerytury pracował tam jako księgowy. Jego życie było spokojne, uporządkowane. Spisywał prognozę pogody i prowadził dziennik. Zwyczajne wpisy dokumentujące zwyczajne dni. Ale w starej skrzyni jest coś jeszcze. To biało-czerwona opaska na ramię z literami „AK”. Armia Krajowa. Obok stara książka autorstwa Bronisława Lubicza-Nycza, zasłużonego żołnierza podziemia, dowódcy batalionu „Kiliński”. To właśnie w tym batalionie walczył mój pradziadek. Spomiędzy kartek książki wystają zielone zakładki wyprodukowane wiele lat temu przez Ligę Ochrony Przyrody. Na każdej zakładce tekst o innym ptaku.

Czapla siwa: w locie łatwo odróżnić ją od bociana, gdyż zgina szyję i głowę zarzuca na grzbiet…

Zakładkami oznaczono kilka fragmentów w książce. Zaczynam lekturę: „Magazyn amunicji zakonspirowano przy ulicy Szpitalnej 7 w firmie materiałów papierniczych Jana Siudeckiego, amunicja zaś złożona była w podziemiach Bazyliki na Pradze, przy ul. Kawęczyńskiej. Część tej amunicji przewieźli na dwukółce Paweł Jan Przedpełski „Paweł”, podoficer broni kompanii, razem z dowódcą kompanii Franciszkiem Szafrankiem „Fraszą” do mieszkania „Pawła” przy ul. Chmielnej 11”. Uśmiecham się, bo „Paweł” to właśnie mój pradziadek. Być może, opisany na kartach książki przewóz amunicji na dwukółce nie wygląda imponująco – myślę jednak, że wymagało to odwagi zupełnie niepasującej do skromnego urzędnika podatkowego.

Gołąb grzywacz: ten bezbronny ptak jest tępicielem stonki

Czytam dalej. O tym, jak „Paweł” ochraniał kolejny transport z bronią. Miał pistolet i jeden granat obronny. Pamiętam go słabo. Widziałem kilka starych zdjęć. Spoglądał z nich na mnie niski staruszek w bardzo mocnych okularach.

Bocian czarny: gniazdo zakłada na drzewach, z reguły blisko pnia, na wysokości 10–15 m

Opis zdobywania budynku PAST-y, czyli Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej. Gmach stojący przy Zielnej 37 był pierwszym warszawskim wysokościowcem. Podczas Powstania początkowo w rękach Niemców. Odbity przez Powstańców. I znów – opisy, których nie powstydziłby się film sensacyjny. Ogień. Wybuchające z wielkim hukiem bomby. Serie z karabinu. Nadlatujące pociski. Gruzy. Pył. Krążące samoloty. Niemiecki żołnierz, który z samego szczytu PAST-y próbował nadawać sygnały wzywające pomocy. I polscy snajperzy, którzy starali się go zestrzelić. Zdobywanie tego budynku zaczęło się tuż po wybuchu Powstania, 2 sierpnia. Zakończyło się 18 dni później. PAST-a znalazła się w rękach Powstańców, chociaż gmach był mocno zniszczony – by go zdobyć, żołnierze AK najpierw musieli go podpalić. Nie obyło się bez ofiar. W rezultacie ciężkich walk po stronie polskiej poległo 38 osób. Niemal dwa razy tyle zostało rannych. Akcja odbicia PAST-y z rąk Niemców była jedną z większych w historii Powstania. „Paweł” brał w niej udział.

***

W drewnianej skrzyni znajduję kilka stron z zapiskami o Powstaniu. Autorem jest sam „Paweł”. Za pomocą drobnych, ciasno utkanych, pochyłych liter opowiada o jednej z akcji swojego batalionu. Wszystko dzieje się 25 sierpnia 44 r., zaledwie kawałek od słynnego wysokościowca, w budynku, w którym przed wojną działała giełda. Placówka przy Królewskiej 16 broniła dostępu do Śródmieścia wrogim oddziałom nadciągającym od północy. „Paweł” wraz z towarzyszami z 27. kompanii „Kilińskiego” został wezwany, by bronić budynku – a więc i Śródmieścia – przed nieustannie atakującymi Niemcami. Pisze: Byliśmy nękani z powietrza i ziemi od wczesnego ranka do późnego wieczora. Nasza załoga składała się z kilkunastu młodych ludzi, przeważnie w wieku służby czynnej. Uzbrojenie mieliśmy znośne: 8 R6, dwadzieścia kilka lekkich granatów i tyleż butelek zapalających oraz 1 rakieta – broń przeciwpancerna na małą odległość. Wśród kolegów było 2 braci bliźniaków o pseudonimach „Donek” i „Bohu”. Sprawdziłem. Bracia mieli podczas powstania po 23 lata, obaj byli starszymi strzelcami. Mój pradziadek pisał, że: podziwia ich opanowanie w chwilach niebezpiecznych, w czasie których zdolni byli do wywołania uśmiechu. Pierwszego dnia akcji chwil niebezpiecznych nie było: Raz tylko lotnik niemiecki poczęstował nas serią z karabinu maszynowego, nie wyrządzając przy tym większych szkód. Następnego dnia rozpętało się prawdziwe piekło: od rana słychać było warkot zbliżających się czołgów od strony ul. Granicznej oraz Królewską od Krakowskiego Przedmieścia. W oknach już szyb nie było. Aby było lepsze pole widzenia, zdjęliśmy ramy okienne. „Paweł” i jego bliski kolega, Idzi Czarnecki (pseudonim „Orzeł”), zajęli stanowiska na piętrze, „Donek” z dwoma kolegami był na parterze, a „Bohu”, też z dwoma kolegami, na drugim piętrze. Około godziny 10 ktoś krzyknął: Samolot!. ale „Bohu” z drugiego piętra odezwał się: To nie do nas, Warszawa jest wielka. Za chwilę jednak samolot krążył nad Królewską. Usłyszeli wybuch. Budynek się zakołysał. „Paweł” relacjonuje: Samolot jednak nie skończył ataku, zakołował i zbliżał się znów w naszym kierunku. Wszyscy biegiem do piwnicy. Następna bomba spadła bliżej. Zdawało się, że dom się wali. Silny podmuch powyrywał drzwi z futryn. W kilkanaście sekund po detonacji, ledwie oprzytomnieliśmy, a już słychać było warkot czołgów. Wszyscy pobiegliśmy na swoje stanowiska. ale trudno było trafić do swego okna, wszystko zasypane gruzem, pełno kurzu (…). Czołg z ul. Granicznej ukazał się na Królewskiej. Zbliża się do nas. Pociski dalej godzą w nasz dom (…). Z bliższych okien chłopcy poczęstowali czołg granatami i butelkami. Ktoś trafił i chyba coś uszkodził, bo czołg szybko wycofał się z walki i zniknął za zakrętem Granicznej. Czołg z rogu Marszałkowskiej również zamilkł. Cisza! Nagle słyszę głos „Donka” z parteru: – „Bohu”, żyjesz? z 2-giego piętra było słychać głos brata: – Żyję, żyję! a ty żyjesz? – Tak, tak, żyję – odpowiedział „Donek”. Kilka słów braci rozbawiło mnie i nie tylko mnie.

„Orzeł” pyta: dlaczego jesteś taki blady?

„Paweł” nie zauważył, że oberwał. Dopiero słowa „Orła” sprawiły, że poczuł się słabo: Przez rozdarte spodnie zobaczyłem krwawiącą ranę na nodze. Po założeniu opatrunku chodziłem o lasce. Następnego dnia samolot zrzucił kilka bomb, ale w nich nie trafił. Dokuczał im tylko jeden czołg z ul. Marszałkowskiej, ale niedługo. Po zmroku jeden z kolegów unieruchomił go celnym strzałem. Paweł pisze: Późnym wieczorem koledzy z naszej 27 Kompanii zajęli nasze stanowiska, a my przygotowanym od kilku dni wykopem przeszliśmy na drugą stronę ul. Królewskiej i brudni, zmęczeni dostaliśmy się o północy na główną pocztę, nasze miejsce postoju. Potem jeszcze drobny podpis i koniec wspomnień. Zamykam skrzynię. Pradziadek zmarł w dniu moich siódmych urodzin. Było wtedy sucho i słonecznie. Zachmurzenia brak.