Agata Malesa jest uczennicą klasy dwujęzycznej w 34 LO im. Miguela de Cervantesa. Interesuje się fotografią, modą i jazdą konną. Uwielbia podróże. Często ma poczucie, że chciałaby być w wielu miejscach naraz. Uwielbia przebywać z ludźmi. od dziecka chciała wyjechać za granicę, ale im dłużej mieszka w Warszawie, tym bardziej ją lubi.

Wielka szczęściara

gdy kładą „Zosię” na noszach, czuje jakby niesiono ją do nieba. ale tu dopiero zaczyna się tragedia…

na zdjęciu zrobionym w lipcu 1944 r. widać ślady po zszywkach, bo było wpięte do dokumentu, który „Zosia” nosiła przy sobie od 1 sierpnia do końca wojny

– Już wiedziałam, że zbliża się Godzina „W” i muszę wyjść – zaczyna z przejęciem Zofia Jastrzębska-Kowalewska, pseudonim „Zosia”. – Na szkoleniach mówiono nam, że w trakcie walk ani ojca nie będzie, ani matki, musimy działać sami. Jednak żegnając się z mamą, usłyszała: – Jak to? Matki nie będzie? Pamiętaj, że będzie zawsze. I za te słowa jest jej najbardziej wdzięczna. Przez całe Powstanie nie miała kontaktu z rodziną. Jako sanitariuszka i żołnierz AK robiła, co mogła, by pomagać innym.

Aktywistka

z panią Zofią udaje mi się umówić bardzo szybko, a to dzięki jej córce – Annie Skarżyńskiej. Tak jak i mamie, zależy jej na tym, by inni zapamiętali tamte wydarzenia takimi, jakie były naprawdę. Niemal natychmiast odpowiada więc na ogłoszenie z prośbą o wywiad, które zamieściłam w sieci. a „Zosia” zaczyna mówić w chwili, gdy przekraczam jej próg... gdy wybucha wojna ma 16 lat, ale dojrzałością nie odstaje od starszych. od godziny 6 do 12 pracuje w Fabryce Ciast i Cukierków pana Michała Wiśniowskiego, gdzie – śmieje się na to wspomnienie – mogła się przynajmniej najeść. Udaje jej się namówić pana Michała, by przed każdym Bożym Narodzeniem i Wielkanocą wysyłać paczki ze słodyczami pacjentom Szpitala Ujazdowskiego. Ochoczo nosi obiady rannym żołnierzom. Po pracy szkoli się na sanitariuszkę. – Jak trzeba było, to ćwiczyłam robienie zastrzyków we własne uda i mówiłam mamie, że to witaminy – opowiada. Lubi asystować przy zabiegach, ale ten jeden, gdy musi trzymać szczękę poszkodowanego, zapamięta do końca życia. Dlaczego? bo prawie zemdlała na rannego. Poza tym nic jej nie wzrusza. Ma jeszcze czas na szkołę i kolportuje materiały akcji „N”, które mają na celu dezinformację żołnierzy III Rzeszy. Sama ustala plan działania, więc rozpiera ją duma, że do tego stopnia jej zaufano.

trochę szczęścia

– Dziś, gdy usiłuję odtworzyć swoje przeżycia wojenne, widzę, jak wielką rolę odegrały patriotyczne postawy innych ludzi – mówi Zofia, pokazując zdjęcie komendantki Wojskowej Służby Kobiet na Mokotowie, Antoniny Kon. To ją chciała naśladować. ale trzeba dodać, że nie przetrwałaby tego czasu, gdyby nie miała trochę szczęścia. Ostrzeliwanie Nowego Światu zaczęło się chwilę po tym, gdy przejechała tamtędy tramwajem. Zachowało się jej zdjęcie spod pomnika Lotnika, gdzie nie wolno było nawet stać. A i dla pani Marszanowej, lekarki z kamienicy przy ul. Flory 1, nie ma słów. Uratowała ją przed zbiorowym gwałtem, poświęcając samą siebie. – Brzydka nie byłam – podkreśla skromnie Zofia, niegdyś wysoka blondynka o kręconych włosach – i czasem miałam więcej szczęścia niż rozumu!

Patrząc w oczy Longinusowi

Najpierw uczestniczyła w walkach na Mokotowie. Rotmistrza „Gardy“ nawet nie widziała, ale wiedziała, jakie wyznaczył jej zadanie. Wspomina drogę z łączniczką Karlikowską z Górnego na Dolny Mokotów: – Tu padnij, tam wstań, ale w końcu dotarłyśmy na Polkowską. Pamiętam, że ziemię całowałam. Tam poznała swojego męża, pseudonim „Longinus“, który wyróżniał się odwagą i brawurą. Jak nikt nie chciał iść, szedł on. Zrobił na „Zosi” nie lada wrażenie. Tego dnia, gdy się pierwszy raz zobaczyli, miał położyć kabel na ul. Dolnej, by można było podsłuchiwać rozmowy Niemców, za co dostał później wyróżnienie. Ona miała się gdzieś zameldować do służby sanitarnej, ale nudziło ją zmienianie pościeli czy opatrunków w szpitalu. Musiała iść na tzw. liniową, by działać. Pasowali do siebie jak ulał.

początek złej passy

Jest 27 sierpnia, godzina 1 w nocy. Kolejna akcja. Atak na koszary na ul. Podchorążych. Zdobywają jeden z budynków przy ul. Sieleckiej, gdzie „Zosia” z koleżanką „Sawą” i resztą patrolu urządza punkt pierwszej pomocy. Rannych było dużo, część z nich odesłano do szpitala na Chełmskiej. Warunki polowe. „Zosia” zapamiętała łączniczkę Zofię Kłos, pseudonim „Proch”, która usiłowała dostarczyć im garnek z zupą. Po drodze została ciężko ranna. Krzyczała: „Ja nie chcę umierać! Mam 22 lata, chcę żyć!. dwa dni później samoloty niemieckie nadlatują nad Sielce i bombardują oznakowany szpital przy ul. Chełmskiej. Część pięter staje w płomieniach, a ranni palą się żywcem. Giną także „Sawa” i „Proch”, co działa na „Zosię” niezwykle mocno. Przez wiele następnych lat trudno jej będzie o tym opowiadać.

Bożenka dodaje otuchy

Drugi września okazuje się dla niej dniem przełomowym. Trwa generalny atak na Sadybę. Ochotnicy potrzebni są do przeniesienia opatrunków z Dolnego Mokotowa – „Zosia” zgłasza się razem z „Lilką“. Nie udaje im się, starają się schronić w kościele. – Niemcy nas mieli jak na dłoni – wspomina Zofia. Nagle alarm, że w altance obok są ranni, więc dziewczyny tam biegną. Zofia zdąży tylko zauważyć palącą się kozę i gotujące ziemniaki, kiedy uderzy granatnik. Lewa ręka „Zosi” wydaje się zupełnie bezwładna, noga krwawi, a „Lilka” ciężko ranna w nogę, nie może się ruszyć. – Byłam czarna od sadzy, ludzie patrzyli, mówili: „Rany boskie!” i nie chcieli nas wpuścić do domów. Mieli dosyć Powstańców – opowiada. Gdy kładą ją na noszach, czuje jakby niesiono ją do nieba. Ale tu dopiero zaczyna się tragedia. Niosą ją do szpitala w szkole na ul. Dolnej (tam, gdzie jest obecnie LO im. Dobiszewskiego), który zostanie zbombardowany. Pamięta, że dostanie tam od swojego przyszłego męża lalkę Bożenkę, która będzie siedziała na jej poduszce i dodawała otuchy. Na szczęście uchodzi z życiem. Stamtąd trafia na ul. Misyjną, do szpitala polowego.

Szczęście w nieszczęściu

Sytuacja na froncie staje się coraz gorsza. Przychodzą chwile zwątpienia. Wojsko zaczyna ewakuację w stronę Śródmieścia. – Modliłam się gorąco o to, by kolejny strzał był celny, by znów nie zostać ranną – opowiada o tamtych momentach, w których nie wiedziała, co będzie dalej. Kolejne dni są ciężkie, ale dzięki niesamowitemu szczęściu trafia do Milanówka, gdzie poddaje się niezbędnym operacjom. Ranna ręka ropieje, a Zofia słyszy, że amputacja to jedyna możliwość. Mówi: – Ale ja nie mam ojca, muszę pracować. Modli się, licząc, że Bóg wysłucha jej próśb. I faktycznie, dzieje się cud – larwy stajennej muchy zalęgają się w ranach i oczyszczają je. Ręka zaczyna się goić. – Więc teraz nie zabiję żadnej muchy! – uśmiecha się szeroko.